Blog > Komentarze do wpisu

Referendum i prawo do udziału

Burmistrz Ursynowa Piotr Guział za skandal uważa namawianie przez premiera warszawiaków do bojkotu referendum w sprawie odwołania pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Skrytykował też, za to samo Tadeusza Mazowieckiego, Jana Lityńskiego, prezydenta Bronisława Komorowskiego, a nawet samą panią prezydent. No bo, jak stwierdził:  „Skoro prawo przewiduje taką możliwość, to znaczy, że obywatele mają prawo z niej skorzystać”. Słusznie, tyle tylko, że ja nie słyszałem ani razu, od nikogo, aby ktoś zakazywał udziału w referendum. Panu burmistrzowi zdecydowanie mylą się pojęcia: „udziału w wyborach” i „udziału w referendum”. A to są dwa, kompletnie odmienne od siebie, narzędzia demokratyczne. Nie mam najmniejszego zamiaru, ani ochoty bronić pani prezydent Warszawy, „nie mój cyrk, nie moje małpy”, czyli nie jestem z Warszawy i nie moja sprawa. Jednak obserwuję, ze wielu ludzi ma kłopot z rozróżnieniem tych dwóch narzędzi demokratycznych, a zainteresowani przeprowadzeniem referendum, a bardziej przeciwnicy udziału w nim, jeszcze większe problemy w wytłumaczeniu obywatelom istoty różnicy. Spróbuję więc te różnice pokazać, bo są ogromne.


W głosowaniu frekwencja przy urnach ma znaczenie wtórne. Bez względu na to, ilu uprawnionych weźmie udział w głosowaniu, są one ważne. Pewnego rodzaju „obowiązkiem” wybieranych jest namawianie obywateli do udziału w głosowaniach, ponieważ jest to zawsze głosowanie na tak (poza glosami nieważnymi oczywiście). W związku z tym nawet jeden głos może wystarczyć, że to pan Kowalski zostanie wybrany, a nie pani Zielińska, która dostała o jeden głos mniej, np. w drugiej turze wyborów na burmistrza gminy.  Głosowaniem przeciwko panu Kowalskiemu jest wyłącznie głosowanie na panią Zielińską, a głosy nieważne, czy absencja wyborcza to nie tylko niegłosowanie za Kowalskim, czy za Zielińską, ale też nie jest głosowaniem przeciw nim (najwyżej moralnym wyrażeniem sprzeciwu dla obojga). Jest po prostu neutralne dla obydwu kandydatów.

W referendum sprawa wygląda zdecydowanie inaczej. Referendum jest zawsze głosowaniem „za”, lub „przeciw” czemuś lub komuś. Mało tego, ważność referendum, w przeciwieństwie do wyborów, obwarowana jest warunkiem minimum frekwencyjnym. W przypadku głosowania „za czymś” obowiązuje 50% minimum frekwencyjne. Tzn., że aby referendum było wiążące, frekwencja musi wynieść 50% + 1 głos. Jeśli frekwencja jest mniejsza, jego wynik może, ale nie musi być wzięty pod uwagę.

W przypadku referendum „przeciw komuś”, bo na ogół takiego rodzaju referenda się odbywają i są to referenda lokalne, głównie dotyczące odwołania lokalnych władz, kryteria frekwencyjne są inne, mniej korzystne dla tego, przeciwko komu się je organizuje. Aby referendum było ważne, musi wziąć w nim udział 60% osób, w porównaniu z ilością obywateli, którzy brali udział w wyborach, w wyniku których osoba, przeciw której organizowane jest referendum, została wybrana.

Przekładając to na referendum warszawskie, aby referendum było ważne, musiało by wziąć w nim udział 389 tys. warszawiaków, ponieważ w wyborach na prezydenta warszawy udział wzięło w wyborach w 2010. roku 649 tys. uprawnionych mieszkańców stolicy. A wynik zależy już od ilości „za” i „przeciw” – wygrywa ta opcja, która uzyska więcej głosów.

Dlaczego więc, zamiast agitować za głosowaniem „na tak”, zwolennicy Hanny Gronkiewicz-Waltz doradzają niepójście na referendum? Odpowiedź wydaje się prosta. Wiadomo, że w referendach lokalnych frekwencja jest dość niska. Znacznie niższa, niż i tak niska w Polsce frekwencja w wyborach. Wiadomo, że istnieje możliwość ogromnej mobilizacji elektoratu nie tylko niezadowolonych warszawiaków, ale też, a może przede wszystkim, przeciwników partii pani prezydent. Czyli zwolenników wszelkich, poza PO, partii politycznych. Podjęcie więc wyzwania licytowania się na ilość głosów „za” i „przeciw”, może okazać się samobójcze dla obrony obecnej rządzącej stolicą pani prezydent. Przecież może zaważyć każdy głos. O wiele pewniejszym instrumentem obrony jest apel o zaniżenia i tak „z zasady” niskiej frekwencji, aby referendum uczynić nieważnym.

I nie ma to nic wspólnego z jakimś łamaniem zasad demokracji. Obowiązkiem (moralnym), jak mawiają politycy, jest udział w wyborach. Udział w referendum jest uwarunkowany własną kalkulacją, co mieszkańcowi się bardziej opłaca. Jeśli odwołać, to powinien iść, jeśli zostawić status quo, oddać głos przeciw, który w ostateczności może być głosem za odwołaniem, jeśli głos przyczyni się do osiągnięcia frekwencji ale i tak przegra, lub nie uczestniczyć.

Oskarżanie prezydent Warszawy o namawianie za nie uczestnictwem w referendum uważam za kuriozalne. Oznacza ni mniej ni więcej, tylko oskarżanie Hanny Gronkiewicz-Waltz o to, że nie chce sama sobie założyć pętli na szyli ze sznura, którego koniec trzyma w rękach opozycja, polityczna opozycja (bo to opozycja za chwilę przejmie od Guziała inicjatywę propagandy referendalnej).

Proste, chociaż jak to z reguły u nas bywa, najprostszych spraw nie potrafią wyłożyć w Polsce politycy, a nawet eks[perci. Zamiast tego kluczą, tłumaczą „dookoła”, zamiast wyłożyć po prostu, „kawę na ławę” w prosty sposób, prostym zrozumiałym językiem.

środa, 21 sierpnia 2013, andy_lighter

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2013/08/21 15:38:50
Dla mnie kuriozalny jest apel Guzioła o debatę z HGW. O czym chce debatować? O tym, czy ją odwołać czy nie? Teraz to już nie ma sensu - referendum będzie. Jeżeli chce doprowadzić do odwołania - niech agituje za tym.
-
2013/08/21 17:09:33
Oczywiście, że to idiotyzm. Debaty odbywają się między kandydatami, a nie między kandydatem a..., no właśnie, a kim?

On właśnie w ten sposób agituje Marzatelo ;-)
-
Gość: Piotr Opolski, *.internetia.net.pl
2013/08/21 21:02:37
Boję się o inną rzecz.
Można wygrywać referendum przeciw wyborom.
Sprawa paradoksalna - posła nie można odwołać nawet jeżeli wszedł do parlamentu kilkuset głosami a np. wójta tuz po wyborze mozna wygnac w majestacie prawa przy pomocy referendum. Cos nie gra tak jak nieodwołalnośc niektórych którzy moga rządzić z pierdla.
Moim zdaniem cały system wyborczy wymaga przeglądu a także system administracji rządowej i dublująco ją administracja samorządowa.
Może sie czegos doczekamy - ja nadziei nie tracę.
Pozdrawiam
-
2013/08/21 21:46:14
A pewnie Piotrze, że cały system wymaga przeglądu i zmiany. Ale kto miałby to zrobić? Sejm? "Przeciwko sobie"? Tzn. posłowie przeciwko sobie samym?
Urząd marszałka województwa jest oczywistym dublem urzędu wojewody. Dublem bez... odpowiedzialności w zasadzie.Hej Piotrze.
-
2013/08/22 05:06:24
Język polityków jest niezrozumiała, bo oni rozmawiają sami z sobą, nie z nami.
-
2013/08/22 10:29:55
Obawiam się Avianco,
że niezrozumiałość ich języka spowodowana jest również tym, że często sami nie wiedzą o czym mówią.
Gdyby ich zapytać o róznice między referendum a wyborami,, jestem przekonany, ze wielu z nich nie potrafiło by wytłumaczyć różnic np. tak, jak ja to zrobiłem. Nie dlatego, ze to jest trudne, ale dlatego, że nie wiedzą.
-
2013/08/22 12:01:23
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jak się dobrze zastanowić, to nie ma u nas spośród kogo wybierać, a stworzenie jakiejś solidnej grupy zarządzającej, (która - oprócz tego, że jest względnie uczciwa - wie, o czym mówi, wie, co robi i myśli o czymś poza własnym portfelem - ) jest zwyczajnie niemożliwe.
"I tak żyje Polska Baba,
w tym przeciągu tysiąc lat,
dom od burzy drży w posadach,
a w kominie hula wiatr..." - że zacytuję panią Danutę.
-
2013/08/22 13:32:21
Ciągle się zastanawiam kogo przyjdzie nam wybierać w wyborach. I to zarówno samorządowych, jak i europejskich i parlamentarnych. Każdy wybór będzie zły, taką mam na dzisiaj ocenę.

liczniki

 Dodaj do Google stat4u free counters