Wyjście z mroku

Z mroku kłamstw i obłudy do jasności własnych prawd. Rzeczywistość widziana z... dołu.

Wpisy

  • sobota, 10 września 2011
    • Konkurs DO

      Znowu jestem uczestnikiem konkursu. Nie jako bloger, ale jako “dziennikarz obywatelski”. Ponieważ jury wytypowało mnie do finałowej dziesiątki, pozwalam sobie “zachęcić Was”, albo nie, do zagłosowania. Tradycyjnie, przez sms.

      Ale: “W głosowaniu esemesowym mogą wziąć udział wyłącznie użytkownicy sieci Orange, T-Mobile, Plus GSM i Play”. To oznacza, że można sms-ować tylko z sieci w kraju.

      Kategoria: Najlepszy tekst 2010/2011 pod numerem 06. Szczegóły tutaj. Albo podam szczegóły: sms o treści INTERIA.06 (zero sześć),na numer 7271

      A mój konkursowy artykuł tutaj.

      Sms-ować można tylko do czwartku (15.09.2011.) włącznie.

      Więc powtarzając za klasykiem: “Pomożecie?”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      sobota, 10 września 2011 11:12
  • piątek, 02 września 2011
  • sobota, 19 lutego 2011
    • Tablice ku pamięci

      Kolejne wpisy publikowane są na moim nowym blogu, w platformie WordPressa, który zupełnie zastąpił tego bloga.

       

      Kolejna „ofiara zbrodniczego aparatu represji PRL-u”, okazała się wielkim oszustwem. IPN oświadcza, że Stanisław Pyjas zginął na skutek nieszczęśliwego wypadku, obalając tym samym legendę męczennika za Wolną Polskę. Nachlał się chłopak gorzały, hormony mu zagrały i prowadziły na randkę z panienką, zarzucił biedaka pewno i… skręcił sobie kark.

      Oczywiście już po oświadczeniu IPN-u, czytałem parę tekstów, opisujących jak to ubecja potrafiła sfingować samobójstwa i nieszczęśliwe wypadki, ale nie zmienia to faktu, że ich bohater zmienił się ze „spiżowego pomnika” w „babkę z piasku”, która właśnie się rozsypuje. A bohaterem był, bo to działacz opozycyjny.

      Tym działaczem miało go czynić branie udziału w organizacjach protestów przeciwko represjom robotników w 76 roku, niespełna roczna współpraca z KOR-em i fakt, że rzekome „podejrzewanie” Maleszki o donosicielstwo. I ten ostatni fakt miał być gwoździem do trumny męczennika Pyjasa. Szkoda tylko, że to „rzekomy fakt”.

      Rzeczywiście, Stanisław Pyjas musiał być bardzo groźnym człowiekiem dla ówczesnej bezpieki, skoro postanowili się go pozbyć. Panie Wildstein, i inni głosiciele męczeństwa, nie róbcie sobie jaj, bo uwłaczacie godności prawdziwych (a nie rzekomych) opozycjonistów w tym kraju. Argument jakoby ubecy bali się zdemaskowania Maleszki jest śmieszny. Maleszka potrafił znakomicie i nadzwyczaj przekonująco od wszelkich podejrzeń się uwolnić.

      Dobrze by było, aby samorządowcy w naszym kraju wzięli sobie do serca finał związany ze sprawą Pyjasa, bo teraz jest wyjątkowy wysyp pomysłów na tablice i pomniki poświęcone pewnym ludziom. I zanim jedni podejmą pochopną decyzję o powieszeniu jakiejś tablicy ku czci, albo zechcą postawić pomnik, a inni, dla świętego spokoju, albo poprawności to poprą, spokojnie się zastanowili. Bo to kosztuje podatników, a potem trzeba będzie wstydliwie usuwać, a to też kosztuje, a potem zostaje takie dziwne uczucie… niesmaku.

      Ciekawe jak teraz wygląda Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski „na piersi Pyjasa”? Skoro on go ma, to może należy powiesić takie same na piersiach wszystkich obywateli tego kraju, którzy umarli w tajemniczych okolicznościach, powiedzmy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Trochę tego będzie, bo taka była (i jest dzisiaj) prawie każda śmierć następująca w środku nocy gdzieś… na pustej ulicy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Tablice ku pamięci”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      sobota, 19 lutego 2011 13:28
  • piątek, 18 lutego 2011
    • "WikiLeaks" po polsku, czyli dlaczego Rosjanie to robią?

      Dziś odbyła się kolejna konferencja (telekonferencja) moskiewska w sprawie katastrofy smoleńskiej. W odpowiedzi na warszawską konferencję polskich prokuratorów w tej samej sprawie. A wczoraj była w Moskwie konferencja wyprzedzająca te dwie dzisiejsze. A wcześniej konferencja MAK-u, niespodziewanie jak królik z kapelusza. I różni eksperci, od dziennikarzy, przez polityków po dziennikarzy głowią się i łamią sobie głowy, o co tu chodzi. Tymczasem sprawa wydaje się prosta jak budowa cepa.

      Rosjanie nie muszą nas o nic oskarżać, sami się oskarżymy (komisją Millera) i słusznie, bo szympansy samolotami nie latają, tylko ludzie, w dodatku piloci, a i organizatorzy mają (chyba) głowy od myślenia, w przeciwieństwie do szympansów, którzy głową głównie jedzą. Jeśli robią jeszcze coś ponadto, są genialne.

      Problem Rosjan polega dokładnie na tym samym, na czym polega nasz problem w lotnictwie i szerzej - w wojsku. Procedury sobie, a wojsko sobie. Tak u nas, do 10. kwietnia zeszłego roku, jak i u nich, do dzisiaj, procedury i przepisy wojskowe rzadko spotykają się z panującym stanem faktycznym codziennej, wojskowej rzeczywistości. Zresztą tajemnicą poliszynela jest fakt, że w większości krajów świata armie stanowią osobne państwa w tych państwach i wszędzie zdarza się bywać gorzej lub lepiej ze współgraniem tych dwóch zależności: procedur i realiów. Czy to w USArmy czy w British Armed Forces, czy w Bundeswerze, itd. Tylko że i te armie i Rosjanie mają nad nami przewagę, jeśli chodzi o stan na dzień dzisiejszy. Te armie w tych krajach będą takie jakie są tak długo, jak im się spodoba i nikt im w ich armiach gmerał nie będzie. A my, przez niefrasobliwość jednego człowieka, albo kilku osób, musimy teraz naszą armię rozebrać do rosołu. Przed Polskim społeczeństwem, a co za tym idzie i przed światową opinią publiczną.

      Taki mini WikiLeaks sobie zafundowaliśmy (a może raczej… ktoś nam zafundował). I nie chodzi tu nawet o to, że w Wojsku Polskim nie ma co ukrywać, albo jest niewiele. Chodzi o zasadę: z wojska nic nie wychodzi na zewnątrz (w dużym uproszczeniu oczywiście). Nie tak dawno też jeden człowiek zafundował nam WikiLeaks wywiadu i kontrwywiadu, zupełnie niemal unicestwiając te służby. Niedługo będzie więc powtórka z rozrywki.

      W myśl zasady: Z wojska nic nie wychodzi na zewnątrz, Rosjanie stają na głowie, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od wieży kontroli lotów i kontrolerów. I mają tu dużo szczęścia, bo nie będą musieli się za bardzo wysilać, aby trzymać sprawę wieży z daleka. Moim skromnym zdanie i tak zrobili nam dużą przyjemność pozwalając na przesłuchania kontrolerów. Ale zrobili to zapewne z rozmysłem, bo to spowoduje jedynie „przybicie polskiej pieczątki na opinii - »niewinni«”. Inaczej bowiem być nie może. Na rosyjskiej wieży był bałagan, ale dzięki bogu nie miało to wpływu na tragedię. I zostaną Rosjanie samo ze swoim bałaganem w wojsku. I co oni z nim zrobią – ich sprawa. Tak samo jak naszą sprawą byłoby (powinno być) co my zrobimy ze swoim bałaganem. ( NATO do naszego bałaganu przywykło, zapewne nie odbiega od NATO-wskiej normy i wcale się nie dziwię, ani nie śmieję).

      Rosjanie rozgrywają swoją grę po mistrzowsku. Trochę nie far, trochę kantują, ale co tam, efekt końcowy się liczy. Robią wszystko, aby swoją armię trzymać od sprawy daleko, jak najdalej. Żeby  żaden wypadek rozkapryszonego prezydenta i pretensje rozgoryczonej części jakiegoś narodu, nie wtrącał się do ich wojska. Wojska, wobec którego do dziś, mimo wszystko, respekt czuje cały świat.

      My po raz kolejny, bo przecież to potrafimy najlepiej, obnażymy się przed światem ze swoich słabości, których w innych krajach jest nie mniej niż u nas. Ale u nich są to sekretne słabości.

      Gdybym był na miejscu Millera, nie upubliczniałbym całego raportu. Wskazałbym winnych cywilów (chociaż osądził wszystkich: i cywilów i wojskowych), a resztę obwarowałbym klauzulą tajności. Ale my tak nie zrobimy. Jesteśmy przecież winni „całą prawdę” Jarosławowi i marcie Kaczńskiej, oraz rodzinom Gosiewskich, Melaków i innych Mertów. A także obrońcom krzyża, Pospieszalskiemu i ojcu Rydzykowi.

      Co nam się podoba w obalanych właśnie dyktaturach krajów arabskich? To, że ludzie czują wolność. Że przestają obowiązywać niepisane reguły dynastii: Mubarak nie wystawi już syna na prezydenta, Kadafi pewnie też nie. A dynastia koreańska budzi w nas obrzydzenie. Tymczasem w Polsce przynależność sukcesji po bracie dla Jarosława Kaczyńskiego dla wyznawców PiS-u była czymś absolutnie naturalnym i oczywistym. Przynależnym wręcz, niemal z urzędu. Tak jak przynależne zdaje się być miejsce w partii dla córki byłego prezydenta. Zaślepienie wyznawców PiS-u sprawia, że próbują pchać to państwo w stronę od której wszyscy „ozdrowieni” uciekają. W stronę dynastii, dyktatury, nienawiści, nędzy.

      Najgorsze jest jednak to, że tacy ludzie jak Tusk, Komorowski, Miller z komisją, nie tylko się temu nie przeciwstawiają, ale wręcz ułatwiają im to pchanie, „spełniając ich życzenia”.  

      _________________

      Ten sam wpis opublikowany jest na moim nowym blogu, w platformie WordPressa, który wkrótce zupełnie zastąpi obecnego bloga.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „"WikiLeaks" po polsku, czyli dlaczego Rosjanie to robią?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      piątek, 18 lutego 2011 21:25
  • czwartek, 17 lutego 2011
    • Przegrane pokolenie i „Czasy się zmieniły”

      Jak czytam tekst Bartqa24: Przegrane pokolenie,  Romskey’a, który:  ten tekst propaguje, czy wreszcie Michała Zgutka:  o tym samym, to wszystko się we mnie gotuje.

      Czasy bowiem zupełnie się zmieniły. Ale tak jak inne nasze narodowe cechy, np. uwielbienie martyrologii narodu, się nie zmieniły, tak szczególnie nie zmieniło się utyskiwanie na szczególnie złe traktowanie, nie troszczenie się i zostawienie samym sobie, różnych grup wiekowych, albo zawodowych, naszych rodaków.  Oto wg Bartqa, właśnie jego pokolenie ma najgorzej. Bo starsi się zdążyli jeszcze załapać na początku transformacji, a oni już nie. I bez znajomości, ani rusz i człowiek kończy studia i nie ma pracy i się marnuje i państwo o nim nie myśli tylko o tych starszych. Boże!!! Nie mogę tego czytać. Niech Bartek i Romskey i Michał idą na uczelnie posłuchac panów profesorów, to się dowiedzą, że najbardziej niedowartościowani są w tym kraju naukowcy. Nich idą na komisariat, to posłuchają, jak to policja i służby mundurowe są są kompletnie ignorowane przez rząd i poprzednie rządy. Niech idą do szkół, posłuchać nauczycieli, do szpitali, nasłuchać się lekarzy i pielęgniarek, na pole rolnika, dowiedzieć się, kto w tym kraju jest najbardziej wykorzystywany. Niech pójdą do apteki i zobaczą emerytów i rencistów, którzy podając receptę pytają najpierw „Ile to będzie kosztowało”, po czym odchodząc wkładając do siatek jedną, czy dwie pozycje z lity przepisanych specyfików (wiem, bo sam tak robię), itd., itd., itd…

      Najbardziej na świecie nie cierpię demagogii. A te teksty (szczególnie tekst Bartqa24, którego zresztą lubię czytać i często się z nim zgadzam), bo pozostałe to jedynie wyrazy poparcia i rozpropagowanie, to czysta demagogia. Często czytam w internecie pełne żalu teksty absolwentów wyższych uczelni, którzy to po dwóch fakultetach, ze znajomością trzech języków, nie może znaleźć pracy i zupełnie nie wie, co ma ze sobą zrobić. Jak czytam takie coś, to myślę: „Człowieku, ja ty zrobiłeś te fakultety? Przecież jesteś kompletnym idiotą!”. I to wcale nie jest takie głupie, wiadomo bowiem, że dziś zrobienie studiów jest tym, czym jakiś czas temu, ukończenie miernego technikum. Jak można ocenić człowieka, który po szesnastu i więcej latach nauki nie potrafi zadbać o swój byt? Tylko mi nie mówcie, ze nie uczą w szkole jak znaleźć się na rynku pracy. Tyc „co się jeszcze zdążyli załapać” też nie uczyli, i mnie też nie. Nie znam takiego kraju (nie słyszałem o takim), gdzie każdy absolwent określonego kierunku czy to studiów, czy innej szkoły, ma zagwarantowaną pracę w swoim zawodzie. Śmiem twierdzić, że poza pewnymi wyjątkami (np.. lekarzy, żołnierzy), stosunkowo rzadko bywa tak, żeby dostać pracę w swoim zawodzie.

      Owe narzekające, sfrustrowane pokolenie młodych, wykształconych (90 % z nich to historycy, prawnicy, psycholodzy, filolodzy, filozofowie i co tam jeszcze bardziej „nieprzydatnego”), nie jest zbyt „pracowite” w szukaniu pracy, za to wymagania ma (wg mnie) ostro „wypasione”. Szukają pracy na sąsiedniej ulicy, w sąsiedniej dzielnicy, itp. Rzadziej w innym powiecie, o województwie odległym o 600 km już nie wspomnę.

      I tak się zastanawiam, co ci ludzie myślą, kiedy słyszą w telewizji hasło: „Tu się spełnia amerykański sen”, oglądając programy o Stanach Zjednoczonych. Myślą oczywiście o wyjeździe. Ale żaden się nie wysili, żeby pomyśleć o twórcach „Atlasa”, „Naszej-Klasy”, czy wielu, wielu innych biznesów, mniej znanych, ale bardzo udanych. Im się tu, w Polsce spełnił „polski sen”. Ale żeby tak się stało, trzeba spełnić parę warunków (ooo, już piszę o warunkach, a to świnia ze mnie. A bez warunków to nie łaska?) W psychologii jest taki slogan: „Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. Przestań gadać i zrób to!”. Bo zacząć trzeba od tego, ze od samego gadania nic się jeszcze samo nie zrobiło.

      Że są straszne trudności, żeby założyć własną firmę? Bo biurokracja, i pieniądze, itp. Ano, to prawda. Ale może zamiast przez miesiąc siedzieć przed komputerem i pisać użalające artykuły notki w blogach, poświęcić ten czas na przebrnięcie przez biurokrację? Może zamiast płakać, ze nie ma pieniędzy na działalność, rozglądać się nad ich pozyskaniem? Może zacząć od czegoś malutkiego? Nie od razu przecież Kraków zbudowano. Jest tylko jeden warunek, ale za to warunek konieczny: rusz głową i… dupę i zacznij działać. Reszta wtedy zmieni się w warunki wystarczające. O różnicy tych dwóch warunków młodzi mogą nie wiedzieć, jako matematyczni analfabeci, ale to już nie mój problem – to tak na marginesie. Trzeba mieć marzenia, młodzi je mają. Trzeba chcieć je spełnić, a to już dla naszej młodzieży kosmos. I tu jest pies pogrzebany. Tego niestety nikt nie nauczy. To się albo ma, albo nie, ale można to posiąść, przez determinację, pracę nad charakterem, naukę, czy wreszcie, najzwyczajniejsze w świecie „zdrowe myślenie”.

      Tak więc młodzi, zamiast myśleć o „polskim Egipcie” na ulicach, weźcie kartkę papieru, zastanówcie się nad sobą i zacznijcie WRESZCIE coś robić.

      ________________

      Ten sam wpis opublikowany jest na moim nowym blogu, w platformie WordPressa, który wkrótce zupełnie zastąpi obecnego bloga.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Przegrane pokolenie i „Czasy się zmieniły””
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 lutego 2011 17:13
  • wtorek, 15 lutego 2011
    • Urzędnicza Rzeczpospolita

      Wiele ostatnio mówi się i pisze o rosnącej liczbie urzędników zasilających najróżniejsze urzędy w naszym kraju. Najbardziej widoczne jest to w urzędach samorządowych wszystkich szczebli. Jest to o tyle niezrozumiałe, że rząd boryka się z problemem finansów pulchnych i „próbuje je ograniczać”, a przynajmniej wynika z zapewnień samych rządzących, którzy podnosząc podatek VAT na przykład, zapewnia, że ofiary za trudną sytuację finansów musimy wszyscy. W geście solidarności ze społeczeństwem, zadecydowali nawet o zmniejszeniu zatrudnienia w administracji państwowej o 10 %.

      Tymczasem szał zatrudnieniowy w administracjach samorządowych trwa w najlepsze i ma się znakomicie. I nie chodzi bynajmniej wyłącznie o koszty zatrudnienia w postaci wynagrodzenia dla nowych urzędników. Te koszty są znacznie większe. Choćby w takim mieście Opolu. Nowi urzędnicy potrzebują „warsztatu pracy”, a więc miejsca, gdzie stanie ich biurko. W tym celu, już w zeszłym roku miasto otrzymało budynek po starej komendzie policji. Aby mogło zostać „warsztatem pracy”, musi zostać zaadoptowany. Ażeby został zaadoptowany, musi powstać projekt adaptacji. Potem trzeba jeszcze tylko wyposażyć „warsztaty pracy” w odpowiednie narzędzia, od krzeseł i foteli, poprzez szafy, regały i biurka po komputery, itp. Na projekt adaptacji, w tym roku miasto wyda 55 tyś. zł. To na razie pierwsza realnie znana część kosztów związanych ze zwiększonym zatrudnieniem. Projekt. Pozostałe koszty na razie nie są znane.

      Urząd miasta nie widzi problemu we wzroście zatrudnienia. „Chcielibyśmy przenieść na ul. Powolnego część pracowników wydziałów społecznych, którzy dziś pracują na ul. Budowlanych” - mówi Danuta Juszczak-Puppel, naczelnik wydziału admini­stracyjno-gospodarczego w urzędzie miasta „Na ul. Budowlanych mają tam straszną ciasnotę, a to nie sprzyja ani dobrej pracy, ani przyjmowaniu osób, które oczekują szybkiej pomocy(…) Z roku na rok liczba urzędników rośnie, nie ma możliwości zmieszczenia ich w obecnych budynkach(…) Zatrudnienie rośnie, ale proporcjonalnie do nowych zadań, które muszą przejmować samorządy”.

      Kiedy obecny prezydent Opola przejmował Urząd w zeszłej kadencji, zwolnił ok. 150 osób. Jednak w ciągu swojego urzędowania przyjął ich więcej. W ostatnich 7 latach w ratuszu powstało m.in. biuro urbanistyczne, wydziały spraw społecznych, kontroli, spraw europejskich a nawet biuro ds. międzynarodowych. Kontrole żadne tu nie pomogą, ponieważ te, na ogół postulatem przeprowadzenia audytu. Audyt zaś, to wydatek dla Urzędu/w nie do udźwignięcia, bowiem tani rzeczywiście nie jest.

      fot. archiwum NTO

      Można by to jeszcze jakoś przeboleć, a nawet spróbować (?) zrozumieć. Rzeczywiście potrzebni są urzędnicy w związku np. z coraz większą i sprawniejszą absorpcją środków unijnych w rozmaitych obszarach. Jednak obok takich dających się jakoś wytłumaczyć działaniach, są i inne. W Urzędzie Miasta Opole powstał np. urząd Pełnomocnika ds. Trudnych. I aż dziw bierze, że skoro powstał urząd ds. trudnych, to dlaczego nie powstał Urząd ds. Łatwych? No i rzecz jasna Urząd ds. Kwalifikacji Spraw, na Trudne i Łatwe.

      Osobnym problemem jest uciążliwość takiej kilkubudynkowości urzędu dla mieszkańców, czyli petentów. Wiem coś na ten temat, bo niedawno w moim mieście, na czas (koniecznego tym razem) remontu Urzędu Miasta, mieszkańcy przyjeżdżający z innych dzielnic musieli się zdrowo naszukać odpowiednich „komórek”  tegoż urzędu.

      _______________

      Ten sam wpis opublikowany jest na moim nowym blogu, w platformie WordPressa, który wkrótce zupełnie zastąpi obecnego bloga.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Urzędnicza Rzeczpospolita”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 lutego 2011 16:48
  • niedziela, 13 lutego 2011
    • (Święty) interes Dziwisza

      „(…) Potrzebujemy jego świadectwa, jego zdrowia i także dobrych rezultatów” – powiedział kardynał Stanisław Dziwisz, po przekazaniu Robertowi Kubicy zaproszenia na beatyfikację Jana Pawła II w Watykanie. Oczywiście kierowca ma obiecane miejsce w pierwszym rzędzie podczas uroczystości 1.maja. To nie pierwsza decyzja Dziwisza, dotycząca polskiego kierowcy F1.

      W piątek, kardynał Dziwisz za pośrednictwem dziennikarzy przekazał Kubicy relikwie 1. stopnia Jana Pawła II. jest to kropla krwi przyszłego świętego i (chyba) skrawek jego sutanny. Co to ma wspólnego z handlem? Ano ma. „Życzę mu, żeby szybko wrócił do zdrowia. I polecam go jeszcze raz opiece Jana Pawła II. I życzę mu, żeby on też miał taką wielką wiarę, że to mu pomoże i wyjdzie z tego szybko. I będzie powiększał chwałę – powiedział Dziwisz przekazując relikwiarz dziennikarzom. Kubica więc nie ma wyboru.

      Ale to jego sprawa, tym bardziej, że z tego co wiadomo, sam o tę relikwię poprosił, chociaż nie jestem pewien, czy to nie ściema kiedy miałby o nią poprosić i kogo, pozostaje tajemnicą. Jednak to jego sprawa. Oczywistym jest, że Dziwisz z takich okazji korzysta i jako wytrawny handlowiec robi dobry interes. Beatyfikacja ukochanego przez wiernych na całym świecie papieża już sama w sobie jest niezwykłym medialnie wydarzeniem. Jeśli uda się jeszcze w pierwszych rzędach usadowić na uroczystości pierwszorzędne postaci światowej polityki, światowego show biznesu, a na dodatek światowego sportu, będzie to wydarzenie medialne godne miana wydarzenia stulecia. I niełatwo będzie je w przyszłości „przebić”.

       

      Dziwisz zrobił więc znakomity interes i, co jest (przynajmniej dla mnie) zaskoczeniem, niczego nie musiał ukrywać, kręcić, mataczyć. Jeśli prawdziwą jest prośba Kubicy o relikwie, a nie ma powodów aby w to wątpić, transakcja jest czysta jak tyłek niemowlaka.

      Jestem zagorzałym kibicem Roberta Kubicy, m.in.. dlatego, że interesuję się Formułą 1 od dziecka, kiedy w Polsce mało kto wiedział, ze taki sport w ogóle istnieje. Zbierałem zdjęcia, plakaty, materiały z prasy światowej, co było kosmicznie trudne. Nie jestem więc tym, który dostrzegł F1 dzięki Kubicy. Dziwi mnie jednak to, że dostał tak niezwykłą relikwię, gdy o nią poprosił. Nie znam się na tym, ale zastanawiam się czy na relikwię nie trzeba sobie zapracować. Co prawda pan Robert jest człowiekiem wierzącym, znany był jego napis na kasku („Jan Paweł II”) i wpływ tego napisu na ogromne szczęście podczas wypadku w Montrealu, ale sądziłem, że jednak trzeba czegoś więcej.

      Swoją drogą…, że też nikt nie pomyślał o zgłoszeniu ocalenia Roberta Kubicy w wyniku wypadku w Montrealu cztery lata temu. Nie trzeba by było tyle czekać na przedłużające się sprawdzanie cudu uzdrowienia zakonnicy. W dodatku niepolskiej zakonnicy.

      Mój stosunek do relikwii wszelakich jest jest odwrotnie proporcjonalny do stosunku tych, którzy o nie zabiegają, uważam to zjawisko wręcz za znieważanie Najwyższego, tak samo jak modlenie się do jakiegoś świętego o wstawiennictwo. Tym bardziej dziwi mnie (jeśli to prawda – podkreślam, chociaż gdyby nawet to prawą nie było, Kubica najprawdopodobniej tego nie podważy), że młody człowiek, światowy choć wierzący, „firmuje” i partycypuje w czymś tak obrzydliwym i trącącym średniowieczną pomrocznością, jak proceder „relikwierstwa”.  

      _________________

      Ten sam wpis opublikowany jest na moim nowym blogu, w platformie WordPressa, który wkrótce zupełnie zastąpi obecnego bloga.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „(Święty) interes Dziwisza”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 lutego 2011 18:16
  • sobota, 12 lutego 2011
    • Platforma się kończy(?)

      Mam na myśli jej rządy rzecz jasna. Bo koniec jej rządów zaczyna być nie tylko mrzonką pisowskich marzycieli, ale i całkiem możliwym scenariuszem przyszłych wydarzeń. Według ostatnich badań Instytutu Homo Homini, PO i PIS dzieli już niecałe 4 %.  I nic nie wskazuje na to, żeby ten trend spadku notowań PO miał się w najbliższym czasie zmienić. i chociaż sondaże róznych ośrodków badawczych różnią się od siebie, to spadek poparcia dla PO jest niezmienny.

      PO zresztą nie robi nic, aby swoje notowania poprawić. Wręcz przeciwnie, wydaje się pogrążać coraz bardziej na własne życzenie. No, może nie tylko na własne, bo media bardzo sumiennie i solidarnie kreują i pielęgnują zaszczepioną społeczeństwu nieufność wobec tego rządu, ale Platforma nie robi nic, aby temu w jakiś sposób przeciwdziałać. Zupełnie jakby wierzyła, ze media mogą robić co chcą, a społeczeństwo i tak jej powierzy władzę ze strachu przed PiS-em. Nic bardziej mylnego. Wiara w to, ze społeczeństwo ma dobrą pamięć jest kompletną bzdurą. Jest dokładnie odwrotnie, o czym przekonywaliśmy się przed każdymi (licząc którekolwiek, co dwa) wyborami. Czyli, ludzie pamiętają tylko jedne wybory. W następnych wybierają już spokojnie, partie, które w wyborach przedostatnich przeklinali.

      A że Platforma nic sobie nie robi ze spadku notowań, widać gołym okiem. Gdyby się przejmowała, rozgrywki na górze byłyby nie do pomyślenia. I nie dlatego, że Tusk tak chce, ale dlatego, że to przejaw głupoty w takim, a nie innym okresie przed wyborami. I w takim a nie innym okresie zmasowanych ataków samozwańczej opozycji pozaparlamentarnej. „Opozycji”, która ma niezwykłe wsparcie wszystkich, możliwych mediów. Platforma zupełnie zaniechała punktowania tendencyjności, manipulacji, niedomówień i przekłamań, w które ów „Balcerowicz team” ocieka, w sposób widoczny ocieka.

      Co z tego, że „zegar Balcerowicza” wyświetla wirtualne, nierzetelne cyferki, co z tego, że „góry” w OFE-ach robią na gromadzeniu składek płatników kokosy właściwie za nic, co z tego, że podobnie jak cały świat, musimy zapłacić frycowe za kryzys, którego nie spowodowaliśmy? Jakiś tam minister, a nawet drugi wspomnieli o tym cztery słowa na jakiejś konferencji prasowej, ba, nawet jeden czy drugi wyartykułował to w pół zdaniu w „rozmowie” z Moniką Olejnik, albo innym Rymanowskim. Swoje więc zrobili. Zrobili? Oni sobie rzeczywiście robią, ale jaja z wyborców.

      Platforma zdaje się zupełnie nie przejmować tym, że media jej w pokonaniu PiS-u nie pomogą. A także tym, że dla mediów, im gorzej w Polsce tym lepiej, bo ruch w interesie to dla mediów najwyższa wartość.

      W takiej sytuacji, każdy tonący desperat brzytwy się chwyta. Ale nie w Platformie. Tu jest wręcz odwrotnie, partia zafundowała sobie konflikt na górze. Być może to jeszcze nie wojna, ale na pewno wzajemna demonstracja sił. Trudno mi w to było uwierzyć, kiedy media z uporem maniaka wieściła konflikt po wypowiedzi Schetyny na temat opóźnionej reakcji premiera na raport MAK-u, jednak teraz widać to, słychać i czuć. Zupełnie tego nie rozumiem, tym bardziej, że Tusk zapowiedział zejście ze stołka szefa swojej partii. Podczas gdy inne partie, np. PiS cz SLD stoją murem za swoimi (sejmowymi przynajmniej) działaczami, nawet jeśli ci wykazują się kompletną indolencją, głupotą i niewiedzą (a może zwłaszcza wtedy), Platforma krytykuje swoich działaczy za najmniejsze, zupełnie nieznaczące potknięcia. Przykład posła Węgrzyna jest tu jak najbardziej na miejscu. Jego żart, choć głupi to mimo wszystko tylko żart, został skrytykowany przez wszystkich możliwych (zaczepionych o to) posłów Platformy. Nie może więc dziwić spadek zaufania do PO, skoro partia demonstruje brak zaufania do swoich ludzi, których wyborcy obdarzyli zaufaniem. Wniosek o wyrzucenie z Platformy Węgrzyna za ten żart zakrawa wręcz na… (i tu mi zabrakło słowa). To mnie zresztą nie dziwi. Widząc personalne tarcia na szczycie PO, działacze na dołach specjalnie się nie przejmują i swoje wzajemne animozje (np. Korzeniowski kontra Węgrzyn na Opolszczyźnie) przesyłają do rozstrzygania na górze. Jest okazja, przecież na pękniętej górze szybciej można coś ugrać dla siebie. Takie destrukcyjne działania, Platformie z całą pewnością zwolenników nie przysporzy.

      Być może Platforma liczy na końcowy raport Millera. To się przeliczy, bo już wiadomo, ze raport tylko zaostrzy spór, a nie załagodzi. Jeśli raport Millera będzie zbyt „gładki”, śmiem twierdzić, że nie będzie prawdziwy. Jednak jeśli będzie ostry, np. dla kancelarii byłego prezydenta, zwolenników Kaczyńskiego może przybyć.

      Wszystkie więc znaki na niebie i ziemi pokazują, że jeśli Platforma dalej będzie brnąć w destrukcję, nie zahamuje spadku notowań. I w sumie nie za bardzo miałbym się czym przejmować, nawet jeśli władzę odzyskałoby PiS, w myśl zasady „Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy…”, gdyby nie demonstrowana jak nigdy dotąd po 80. roku, pisowska „żądza krwi”.   

      Ten sam wpis opublikowany jest na moim nowym blogu Może będzie lepiej,  w platformie WordPress, gdzie wkrótce zamierzam się przenieść.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Platforma się kończy(?)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      sobota, 12 lutego 2011 17:06
  • środa, 09 lutego 2011
    • Śmiertelnie poważnie… ma być

      Poseł Robert Węgrzyn znów zaliczył „wpadkę”. To już kolejna wpadka Węgrzyna po „Jaki kolor jeszcze sobie wybrała, kuźwa”, szepniętym do posła Czumy. Wpadka dotyczy zdenerwowania posłów PiS-u „Tu jest Polska”, spowodowanego nieuchronnością legalizacji związków homoseksualnych. Póki co odległych, ale „tujestpolacy” wiedzą lepiej i się denerwują.

      „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale na lesbijki to chętnie bym sobie popatrzył” – zażartował poseł Węgrzyn, nagabnięty przez dziennikarzy w tej przerażającej, zamachującej się na polskie tradycje i jakże bolesnej dla uciemiężonego narodu, sprawie. Gowin…, zastanowił się chwilę, po czym rzekł „Zostawię to bez komentarza”. Racja, nie może się zacny krakowski poseł zniżać do poziomu uwłaczającego godności katolickiego narodu, tym bardziej, że pewnie przygotowuje się do zapowiedzianych rozmów z Kościołem w sprawie polskiej prezydencji unijnej. „Czego się z domu nie wyniesie, tego się późnienie nauczy” – oceniła prymitywnego posła posłanka Kempa. A Kalisz z Warszawy ocenił, że poseł Węgrzyn czasem najpierw coś powie a potem pomyśli. I z tym ostatnim się akurat zgodzę. Ba, ja też tak czasem mam.

      Znam całą masę dowcipów o policjantach. Kupę o księdzach. Całą masę o blondynkach, nauczycielkach i uczniach. I jeszcze wiele innych. I nie widzę nic dziwnego w tym, że ktoś zna dowcip o homoseksualistach. I nie widzę nic dziwnego, a wręcz przeciwnie, że ktoś na idiotyczne, kompletnie, póki co, wyssane z palca zagrożenie, reaguje dowcipem.

      Nasze środowisko polityczne w swym poczuciu szczególnej misji, szczególnej „kultury” – innych polityków rzecz jasna, i czego tam jeszcze „szczególnego”, sięga szczytów absurdu. W oczekiwaniu śmiertelnej powagi od swoich politycznych konkurentów, sami prezentują się jak mistrzowie komedii: Buster Keaton, Charlie Chaplin, Flip i Flap, albo Smerfy. Czasami pojedynczo są jak ci mistrzowie wszyscy razem wzięci.

      A dla niektórych posłanek mam parę rad. Pani posłanko Kempa, jak się nie wyniesie z domu wartości: „Nie kłam”, to się tego do końca życia nie nauczy (to w związku z pani słuchem). Jak się nie wyniesie z domu umiejętności normalnej dyskusji, to się tego do końca życia nie nauczy (pani ma tu zdecydowane zaległości w wynoszeniu). Pani Wróbel, jak się nie zna znaczenia jakichś słów (np. „kuźwa”) w zależności od kontekstu użycia, to się na ten temat nie wymądrza.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Śmiertelnie poważnie… ma być”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      środa, 09 lutego 2011 19:41
  • wtorek, 08 lutego 2011
    • Słoma z butów wyłażąca

      O tym, że polskim politykom, bywalcom salonów jakby nie było, przysłowiowa słoma z butów wystaje, plebs Rzeczypospolitej od dawna opowiada dowcipy. Często zresztą owe lwy salonowe udowadniają nam, że my, czyli plebs nie bierzemy tych dowcipów z sufitu. Choćby prezentując w mediach, albo w sejmie czy na innym Cyprze swoją klasę polityczną, kulturę i ogładę. Jednak to, co działo się przy okazji reanimacji Trójkąta Weimarskiego, przeszło wszelkie oczekiwania obserwatorów naszej sceny politycznej. Nie tylko krajowych obserwatorów.

      A już wielu z nas miało nadzieję, że ośmieszanie Polski przez najważniejszych ludzi w państwie zakończyło się 10. kwietnia ubiegłego roku. Niestety. Przyznam, że dawno nie czułem się tak zażenowany zachowaniem moich najważniejszych przedstawicieli.

      Cała ceremonia powitania Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy w Wilanowie była tak totalną amatorszczyzną, ze zwyczajnie ręce opadają. Kompletnie wszystko było nie tak, jak trzeba. I przejście przed kompanią Wojska Polskiego, i pozowanie do zdjęć i dojście do „podestu”, a już parasol nad niewiadomo czyją głową to szczyt kompletnego zagubienia się, mogącego (i słusznie) być objawem dyshonoru dla gości.

      I z powodów oczywistych chciałoby się zwalić winę na szefa protokołu dyplomatycznego. Powinien wylecieć z roboty na zbity pysk natychmiast. I to wylecieć dyscyplinarnie za „działanie na szkodę firmy”. Bez odprawy czy innych premii.

      Jednak i prezydent pokazał swoje szlacheckie pochodzenie ( i takież wychowanie) pełniąc honory gospodarza domu i usadawiając się jako pierwszy w fotelu, ku zdziwieniu i konsternacji kanclerz Niemiec, która nie bardzo wiedziała jak się ma zachować. No…, ma rację… Co się będzie polski szlachcic krygował przed jakąś córką enerdowskich (czyli drugiej kategorii) Niemców, czy francuskim emigrantem z Węgier.

      I niech się jeszcze teraz który wyśmieje ze słomy z butów Leppera. Okaże się, że to tylko przygania kocioł garnkowi.

      Jak słyszę słowa prezydenta Francji: „Bardzo przyjemnie jest być na tym szczycie…”, to mu zwyczajnie nie wierzę. Jednak on się nie poskarży, bo co by nie mówić, ma klasę i wie, że pewnych rzeczy nie wypada „demonstrować”.

      Mamy pecha do klasy naszych polityków. O Kaczyńskim prezydencie już mi się nie chce, ale i inni nie byli lepsi. Buzek, któremu godzinami wbijano do głowy, że do cesarza Japonii nie można obracać się plecami, zademonstrował cesarzowi plecy i to przy kamerach. Wałęsa na spotkanie z Billem Clintonem przed Zamkiem Królewskim w środku lata, przybył w todze doktora honoris causa. Może Kwaśniewski wypada tu najlepiej, bo choć „bolała go goleń”, czy dopadła „choroba filipińska”, w pierwszym przypadku była to wewnętrzna – polska uroczystość, a w drugim, wizyta niekoniecznie bardzo wielkiej wagi.

      O co tu chodzi? Wałęsie słoma wyłaziła, bo robotnik, Kwaśniewskiemu, bo pijak, Kaczyńskiemu, mimo, że nie na podwórkach i w dodatku patriotycznie wychowany, Komorowskiemu…? Może Polska to taki kraj… butów ze słomą?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Słoma z butów wyłażąca”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      andy_lighter
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 lutego 2011 22:46

Kalendarz

Styczeń 2012

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kategorie

Autorzy

Kanał informacyjny

NIEdlaPiS-KAMPANIA SPOŁECZNA

liczniki

Blogi Polityczne

 Dodaj do Google stat4u free counters