Kategorie: Wszystkie | Osobiste | Polityka | Polska | Życie
RSS
czwartek, 08 września 2016

Zamiatanie jest bardzo ważną częścią powyborczej batalii.

Wszystkie maistreamowe media w tym kraju oburzały się, całkiem słusznie, na wymiatanie do spodu wszystkiego, co zostało po rządach PO/PSL i obsadzanie wymiecionej pustki swoimi śmieciami. „No jak tak można?”, „No  przecież to jest niedopuszczalne!”, „Tak nie można!”, „Konkursy!”, itd., itp.

A potem przyszła afera reprywatyzacyjna w Warszawie. I są do Hanny Gronkiewicz-Waltz dwa zarzuty – pierwszy to taki, że jest umoczona w aferze, czyli, że jest skorumpowana. Ale dowodów nie ma, więc jest drugi, bardziej „oczywisty” zarzut: „Przyszła baba na stołek i zostawiła starych urzędników! Zabić! Zniszczyć! Bo obowiązkiem było pozamiatać i powsadzać swoich! Jak można było zostawić ludzi poprzedniej ekipy!???”.

Podobnie jest z urzędnikiem Antoniego Macierewicza, co to medal dostał i na dodatek jest w radzie nadzorczej jakiejś tam. I reporter w telewizji nie zostawia suchej nitki na „wymienianiu” jak leci fachowców poprzedników, na „swoich przydupasów”. I za kilkanaście sekund inny reporter w tej samej telewizji toczy Pjanę” Jak to możliwe, że HGW nie wymieniła poprzedniego fachowca na swojego przydupasa”.

No to jak to w końcu jest z tym zamiataniem?. Trzeba zamiatać, czy zamiatanie oznacza „Teraz Kurwa My?”. Bo przyznam, że już sam nie wiem.

I kiedy wpadł mi do głowy ten temat, przypomniało mi się wszystko, od roku ’80. I dylemat „zamiatać, czy nie zamiatać”. Byłem absolutnie przeciw, bo byliśmy ludźmi, którzy się wzajemnie szanowali w pracy, lubili, znosili swoje „ochy i achy”, a nawet zwykłe „słabości” (czyt.: grzechy i grzeszki). A ktoś, coś, czyli Solidarność próbowała postawić między nami mur.

Nie godziłem się na to i… Ale to już osobny temat. Napisałbym o tym, ale kto by tam chciał się zajmować zwierzeniami „niegrzecznego nibydziałacza”. (Nibydziałaczem zostałem już na pierwszym zebraniu założycielskim związku, który sam stworzyłem). Ale… Dziś mój kolega, który później został prezesem spółki, spotkany na schodach w moim własnym bloku, czuł zakłopotanie kiedy odezwałem się „Cześć Andrzeju” (bo to mój imiennik jest). Gdybym kiedyś odezwał się do niego „Proszę pana”, dostałbym w mordę, a dziś…, był zakłopotany. Kiedy spotykam człowieka, który był szefem, prezesem firmy, w której pracowałem, i który zwolnił mnie z tej firmy (zresztą, miała rację), a spotykam go codziennie, bo pije piwo w pubie pod moim blokiem, nie usłyszę innego hasła niż „Dzień dobry kolego Andrzeju”.  I wiem akurat, że ten facet nie żartuje, bo nikt go tyle nie nawkurwiał, co ja, ale też nikt nie był tak w stosunku do niego, do firmy i do pracy, bardziej lojalny, tak dyspozycyjny i tak oddany, jak ja. Taka trochę schizofrenia, ale… sądzę, że warto było.

Korci mnie, żeby to wszystko opowiedzieć.

Więc jak z tym zamiataniem? Dobrze jest wymieść i swoje śmieci nawrzucać, czy niedobrze, jeśli daj panie boże (Uuuu! Znów kasa się kroi ze zwiększonego nakładu!), wybuchnie afera?


Tagi: władza
13:34, andy_lighter , Polityka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 września 2016

1. września mija 77. rocznica wybuchu II wojny światowej. 10. kwietnia minie 77. miesięcznica „zamachu smoleńskiego, w którym „polegli” prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką i Ryszard Kaczorowski, prezydent RP na uchodźstwie.

Nie mogę pojąć, jak bezmyślnie wyborcy PiS ulegli manipulacji potrzeby upamiętniania ofiar zamachu każdego 10. dnia miesiąca i nie wpadli na to, że jest to tylko i wyłącznie zabieg politycznej hucpy. Ludzie Jarosława Zbawcy, albo on sam w pierwszym miesiącu po katastrofie wpadli na genialny pomysł organizowania politycznych, ideologicznych, wrogich wobec legalnie wybranej władzy wieców partyjnych. Bez dodatkowych kosztów, bez dodatkowej organizacji, bo wystarczyło hasło „miesięcznica zamachu smoleńskiego”.

Wiece partyjne można oczywiście organizować nawet co tydzień. No ale jakby tu nadążyć z wymyślaniem coraz to nowych przemówień, przesłań, programów, itd., skoro wiadomo, że na takie comiesięczne partyjne klepanki, za 3. razem nikt nie przyjdzie. Jak organizować egzorcyzmy i partyjne msze święte, nie narażając Kościoła na oskarżenia o partyjność? No nie da się.

Dlatego miesięcznice „z okazji,  okazały się genialnym pomysłem dla utrwalania pisowskiej, powtarzanej co miesiąc mantry dyskredytującej władzę, i oskarżającej rządzących o najgorsze zbrodnie zupełnie bezkarnie. Bo przecież oni tylko oddają hołd poległym, a raczej poległemu prezydentowi i 95. ofiarom zamachu. Bo przecież odprawiane msze i egzorcyzmy są jedynie przy okazji oddawania hołdu prezydentowi i 95. ofiarom zamachu. Bo przecież mogą sobie pooskarżać władze o usuwanie zniczy z miejsca pamięci, ponieważ oddawanie hołdu poległym jest znacznie ważniejsze niż drożność Krakowskiego Przedmieścia nazajutrz. Bo mogą zupełnie bezkarnie lżyć kogo tylko zechcą, tradycja bowiem pozwala, aby pogrążonym w żałobie można było więcej.

Od grudnia zeszłego roku zaś, miesięcznice stanowią doskonałą okazję do okazywania przez zwolenników poparcia dla obecnej władzy. Ten, kto wymyśli miesięcznice smoleńskie powinien dostać dożywotnio należny fotel senatora lub posła.

Nie mogę się nadziwić rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej, tak bardzo uwielbiających prezesa Zbawiciela Kaczyńskiego, że są tylko i wyłącznie pacynkami, orszakiem robiącym za tłumek wokół osoby Zbawiciela – cóż bowiem wart jest „Król” bez orszaku dworzan? Których zmarli mężowie, ojcowie i żony są jedynie pustą liczbą „95”, obok głównego „eksponatu” przedstawienia Jarosława Kaczyńskiego – jego brata, prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Są tłem, niczym, elementami drugoplanowej scenografii, liczbą.

Niektórym rodzinom się to jednak opłaca, że wspomnę panie Gosiewskie, Wassermann, Błasik, panów Melaka i Świata, itd. Oni godzą się być rodzinami liczby „95”, bo oni czerpią z tego korzyści. Finansowe korzyści. I mogą bezkarnie prowadzić prywatną wendettę, do końca swoich dni. Więc wykorzystywanie ich bliskich jako liczby, zeszło na drugi plan.

„77”. To jest liczba. Nawet wybuchu wojny tyle razy nie obchodzono, ile obchodów było tragicznej śmierci brata Zbawiciela! Bo przecież wybuch wojny upamiętniono aż 6 razy mniej – dopiero po jej zakończeniu. To jest liczba. W całej historii Polski, żadnego innego wydarzenia nie obchodzono tak uroczyście tak wiele razy. Jak więc ktoś może kwestionować znaczenie owego zamachu? Jak więc ktoś może kwestionować wielkość Lecha Kaczyńskiego? Przecież gdyby nie był wielki, nie uczczono by go tyle razy. Nie oddano by mu tyle razy hołdu. Jak można nie odczytywać apelu poległych pod Smoleńskiej, skoro naród czcić będzie ich pamięć już po raz 77.? Jak może nie powstać mit Lecha Kaczyńskiego, skoro naród po raz 77. będzie oddawał mu hołd na Krakowskim Przedmieściu? Jak można nie darzyć uwielbieniem Zbawiciela Jarosława, który ten mit zbudował, pielęgnuje go i nie pozwoli o nim zapomnieć?

Nie ma w kulturze żadnego narodu, żadnego wyznania i światopoglądu zjawiska takiego jak miesięcznica. W religii katolickiej jest jedna – miesiąc po pogrzebie zmarłego uprząta się kwiaty i wieńce z miejsca pochówku, umieszczonych tam w dniu pogrzebu. Inne miesięcznice nie istnieją. Nigdzie. Już samo to powinno było dać Kościołowi Katolickiemu w Polsce powody do zastanowienia, czy brać w tym politycznym cyrku udział. Niestety Kościół brał, bezrefleksyjnie. Chociaż nawet narodziny i śmierć Jezusa – Władcy świata i wszystkich ludzi, upamiętnia się raz w roku. Czyżby Kościół nieświadomie Lecha Kaczyńskiego stawiał ponad Jezusem Chrystusem? Logika by na to wskazywała.

W powstaniu warszawskim zginęło 200 tys. ludzi. W zamachach terrorystycznych 11. września 2001. w Stanach Zjednoczonych zginęły 2973 osoby. Nikomu do głowy nie przyszło upamiętnianie tych tragedii częściej, niż raz w roku. Podobnie jak upamiętnianie 130 ofiar zamachu terrorystycznego w moskiewskim teatrze Na Dubrowce, zamachów w metrze madryckim, gdzie zginęły 202 osoby i było 1900!!! rannych. I podobnie jak zamachu na szkołę w Biesłanie (akurat dzisiaj jest 12.rocznica), w którym zginęło ponad 380 osób, w tym 156 dzieci!!! i wielu, wielu innych zamachów, katastrof komunikacyjnych i żywiołowych.

I już choćby ze względu na tamte ofiary, o wiele bardziej tragicznych w skutkach zdarzeń, ciśnie się na usta: „Ludzie! Nie wypada! PO PROSTU, PO LUDZKU, NIE WYPADA!!!”. Tym bardziej, że nie był to ani zamach, ani kataklizm tsunami, tylko tragiczny wypadek lotniczy. W dodatku spowodowany brawurą i brakiem odpowiedzialności za innych.

I tak sobie myślę..., nawet gdyby Lech Kaczyński był święty, to widząc to, co wyprawia jego brat ze swoją bandą podpierając się jego wielkością i „poległością za Polskę”, dobry Bóg strąciłby go w otchłanie piekielne ze złości i z uwagi na tysiące, nawet miliony ofiar wielu jakże bardziej tragicznych zamachów i katastrof.

środa, 31 sierpnia 2016

„Z tym Wehrmachtem to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi” – miał powiedzieć Jacek Kurski w październiku 2005. roku, tuż przed wyborami. I kupił. I teraz też kupuje podobne kłamstwa i wymysły. Najgorsze jednak jest to, że najprawdopodobniej będzie te niedorzeczności kupował dalej.

Może się to wydawać dziwne i nieprawdopodobne, ja jednak uważam, że tak właśnie będzie. Powodów jest co najmniej kilka.

Taki scenariusz przecież, a więc łykanie przez większość społeczeństwa kłamstw, demagogii, populizmu, nacjonalizmu i rządów silnej ręki już się sprawdza w kilku krajach. Ot, choćby w Rosji, Na Białorusi i na Węgrzech, czy w Turcji. Taki scenariusz może się ziścić w USA, czy we Francji. I jeśli nawet w tych dwóch ostatnich krajach owa opcja polityczna przegra, to z pewnością nie będzie to przegrana spektakularna – miażdżąca, ale minimalna, bardzo niewielka.

Jarosław Kaczyński idzie taką samą drogą, jaką po władzę szedł przed laty Władimir Putin. Oczywiście Zbawiciel w żaden sposób nie chce się na Putinie wzorować, ale tak właśnie robi. Powołuje się na przykład Viktora Orbana, tyle, że Orban właśnie poszedł drogą Putina. Orban tego Kaczyńskiemu nie powie, a Kaczyński albo o tym nie wie, albo wie i udaje, że nie wie.

Tak więc i w Rosji i na Węgrzech i w Turcji i w Białorusi mamy quasi demokrację i jednocześnie monopol jednej partii i jednego wodza na kształtowanie całego życia polityczno-społecznego w tych krajach. I nawet nie trzeba tam fałszować wyborów, bo suwerenowi się taka władza podoba. Władza pokazująca wyższość, ważniejszość ich narodu, ich kraju nad innymi. I przecież owe narody doskonale wiedzą, że ich demokracja jest tak naprawdę „nibydemokracją”, a przywódcy ich krajów to dyktatorzy w różnym stopniu zaawansowania dyktatorzy. I nie inaczej jest w Polsce, choć u nas „nibydemokracja” dopiero powstaje”. I powstanie, bo część narodu tego chce. To co, że mniejszość, ale mniejszość bardziej zdyscyplinowana w wyborach niż większość zwolenników demokracji, mniejszość znacznie głośniejsza i skuteczniejsza od prodemokratycznej większości. Nawet część „demokratów” w Polsce, ta która nie wie tak naprawdę czego chce (poza kilkoma kwestiami – czyli Kukiz’15), w czambuł popiera prodyktatorskie działania Kaczyńskiego i jego partii.

Ludzie nie mają pojęcia, że ręczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości, które obecnie tak się im podoba, tak naprawdę jest gwoździem do trumny demokracji. Ale że do tego doszło, nieocenione zasługi położyły rządy PO/PSL. Z prostego powodu – po zniewoleniu wielu prokuratur, prokuratorów, sędziów przez Ziobrę w latach 2005 – 2007, następna władza nie zrobiła nic, aby ową sytuację uzdrowić, przywrócić do normalności. PiS nadal pozostawało silne, Kaczyński wciąż się odgrażał nowej władzy, a pisowsy prawnicy bez najmniejszych przeszkód robili swoją robotę, czyli kontynuowali „program ideologiczny” PiS w wymiarze sprawiedliwości. Nie do pomyślenia było niezrobienie porządku w wymiarze sprawiedliwości przed oddaniem prokuratury Andrzejowi Seremetowi. Porządku, czyli zlustrowaniu działalności niezgodnej z zasadami niezależności i niezawisłości, pisowskich funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. I po zlustrowaniu, odpowiedniego zweryfikowania. Dziś, w związku z tym zaniechaniem, Ziobro nie musi budować ręcznego sterowania zupełnie od nowa – powrócił na, w dość dużej mierze swoje, stare śmieci. Podobnie zresztą było z wojskiem – pamiętam doskonale niechęć najwyższej kadry oficerskiej wobec ministra Bogdana Klicha. Ta kadra wolała być bliżej Lecha Kaczyńskiego. Dlaczego? To proste, olewając wojsko, bezpieczeństwo Polski i tak mieli łatwiejsze awanse i zaszczyty. O tym, że olewali świadczą choćby dwie katastrofy – z Mirosławca i Smoleńska. Gdyby owi oficerowie pochylali się z troską nad tym do czego byli powołani, nie doszłoby do tragedii w Mirosławcu, a w katastrofie smoleńskiej nie zginęłoby całe dowództwo wojskowe Rzeczpospolitej. I władze PO/PSL, podobnie jak z sądami, nic z tym nie robiły. I nie robiły w służbach specjalnych, gdzie np. Mariusz Kamiński przez cały czas miał swoich oddanych ludzi. Kapusiów zresztą, którzy donosili mu o wszystkim, co się w CBA działo.

PiS, Kaczyński przez całe rządy PO/PSL był kompletnie bezkarny, mógł mówić wszystko, co tylko zapragnął, a po katastrofie smoleńskiej jeszcze więcej. Mógł wygrażać, mógł kłamać, mógł obrażać i upokarzać, mógł wszystko. Brak jakiejkolwiek reakcji sprawiało, że owo wszystko oznaczało wszystko w sensie dosłownym. I nigdy nie ruszała go policja, prokuratura, sądy. I wyłącznie słowa politycznych przeciwników PiS były reakcją na „wszystko” Kaczyńskiego. I nawet owe słowa – reakcja na „wszystko” odbierane było przez media, jako „wzajemne okładanie się PO i PiS”. To niewątpliwy, potężny wkład mediów w obecnie kształtująca się w Polsce quasi demokrację.

Jest da mnie absolutnie oczywiste, że wielkość i pierwszoplanową pozycję Jarosława Kaczyńskiego wykreowały media i nie mam tu na myśli mediów pisowskich (chciałem napisać „propisowskich”, ale takie nazewnictwo mediów uznaję za owijanie w bawełnę). Wystarczy porównać wywiady. Otóż w wywiadach np. z premierem Donaldem Tuskiem, Ewą Kopacz, czy nawet Bronisławem Komorowskim dziennikarze się specjalnie nie cackali – dociskali, przerywali, jak każdemu szeregowemu członkowi partii, dopytywali, itd. Wywiady z Kaczyńskim, choć prawie ich nie było, były traktowane przez samych dziennikarzy jak ekskluzywne audiencje u jakiegoś nadczłowieka, nadkróla. Przerwanie łaskawcy byłoby… niewybaczalnym nietaktem. nie do pomyślenia. Podobnie jak trudne pytania, a raczej dopytywania po wymijającej, lub pustej odpowiedzi. Jestem przekonany, że gdyby Kaczyński, w ostatnich kilku latach zgodził się na wywiad w jakiejś mainstreamowej („polskojęzycznej”) stacji telewizyjnej pod warunkiem, że dziennikarz będzie klęczał – dostałby zgodę! Może przesadzam, ale nawet jeśli, to niedaleko odbiegam od prawdy, z jakim namaszczeniem, powagą i poczuciem ważności i znaczenia politycznego, traktowany jest przez media poseł Jarosław Kaczyński. Przez te same media, które utyskują nad jego ciągotami autokratycznymi, które wytykają jego kłamstwa i krytykują jego działania. jakaś medialna schizofrenia – choroba, która w ogromnym stopniu przyczyniła się do tego, jaka dziś jest Polska.

Ciemny lud to kupował, kupuje i będzie kupował. Tak samo jak w Rosji, Białorusi, na Węgrzech i w Turcji. I podobnie jak u nich, poparcie dla rządzących nie tylko nie spada, ale ciągle wzrasta i się umacnia (Orban ma trochę kłopotów, ale całkiem możliwe, że sobie z nimi poradzi). Nie ma się więc co dziwić, że tak dla PiS, jak dla Dudy poparcie wciąż jest silne, a nawet rośnie.

I nie pomogą żadne KOD-y, Wałęsy, nawet rosnący dług publiczny. I nie pomoże wałcząca ze sobą opozycja. I nie pomogą ślamazarne, pozorne działania Unii Europejskiej. I nie pomogą jawne kłamstwa Andrzeja Dudy, rozmyślnie i celowo pogłębiającego podział Polaków. Ani nie pomogą niezbyt dobre wyniki ekonomiczne rządu „premier” Szydło. Ratunek może przyjść tylko z zewnątrz, niezależnie od nas.

Uważam, że ratunek, czyli odsunięcie PiS-u od władzy może się ziścić, albo przez wypalenie się władzy – brak nowych inicjatyw prospołecznych na skutek braków finansowych, albo, co bardziej prawdopodobne, przez głobalny kryzys gospodarczy (ekonomiczny), który jest coraz bardziej prawdopodobny (od jakiegoś czasu dzieją się wzmożone ruchy spekulacyjne na zachodzie, a to może zwiastować rychłe pęknięcie bańki i w konsekwencji kryzys). Ale nie liczyłbym na to, żeby nawet w takiej sytuacji Jarosław Kaczyński stracił rezon. Pamiętajmy, że po wprowadzeniu sankcji na Rosję, określona retoryka Kremla nie tylko nie osłabiła, ale wręcz wzmocniła notowania Putina w Rosji. Polskie społeczeństwo jest jednak bardzo chciwe, a zniechęcona do Polski Unia może sprawić, że utrudnione np. wyjazdy na zachód za pracą, przymusowe powroty, np. z UK, wzrost bezrobocia w kryzysie może ostudzić miłość suwerena do PiS-u.

Swoją drogą…, trzeba było dopiero afery reprywatyzacyjnej, żeby PO dostrzegło pożyteczność argumentu pt. „Mieliśmy kryzys”, przy okazji braku uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej. Przez obydwie kampanie wyborcze na temat kryzysu milczeli jak zaklęci, choć była to wymarzona wręcz linia obrony na ataki typu: „Nie dali!”, „Nie kupili”, „Nie sfinansowali”, „Nie podwyższyli”, itp.

Nie napisałem niczego o zasługach kościoła dla PiS-u, ale te są oczywiste. Kościół jednak może się przestraszyć faszyzujących narodowców i spowodować otrzeźwienie. Bo, że nacjonaliści się zradykalizują, to pewne – już widać tego symptomy aż nadto.

Co więc nam pozostało? Czekać na odpowiedni moment i dopiero wtedy ruszyć z KOD-ami, Wałęsami, itp. Teraz może to spowodować jedynie wzmożenie agresji PiS-u i skrajnej prawicy – w zasadzie rozwiązanie niezłe, aby PiS i prawica same się zaorały, ale szkoda krwi, ludzi i powtórki z historii. Co nie oznacza, że nie powinniśmy podnosić dumnie głów i żądać normalności. PiS, narodowcy musza czuć nasz oddech – będą popełniali błędy. Im ich więcej, tym bardziej przydadzą się w przyszłości – ku przestrodze dla nich i potencjalnych naśladowców.

Cierpliwość, choć to bardzo trudne, paradoksalnie jest naszym sprzymierzeńcem. Bo nie chodzi o to, żeby wygrać z PiS o 2, 4, albo 7%, ale o to, żeby je na dobre zaorać.


 

piątek, 26 sierpnia 2016

No to mamy kolejną aferę. Tym razem aferę reprywatyzacyjną w Warszawie. Jednak równie ciekawe jak sama złodziejska reprywatyzacja, ciekawa jest rola mediów w tej sprawie. Rola (kolejny już raz) łowców głów.

Jako że złodziejska reprywatyzacja to któraś już z kolei „afera” odkryta i kreowana przez media, chcę wrócić do poprzednich (paru) i roli jaką odgrywały w nich media. Raczej nie roli w aferach, ale wpływu mediów na życie polityczne w kraju z okazji tych afer. Będę więc musiał wracać pamięcią do przeszłości, opisywanej tu przeze mnie od lat.

Znów przychodzi mi stanąć w obronie Platformy, choć mi to wcale nie na rękę, bo ta partia, szczególnie po ogłoszeniu przez Schetynę skrętu na drogę konserwatyzmu stała się dla mnie kompletnie niestrawna. Ale nie jest ważne kogo bronię, a czego. Zawsze staram się kierować zdrowym rozsądkiem i zwracać uwagę na merytoryczność, rzetelność postawy polityków i mediów. A te pozostawiają gigantycznie dużo do życzenia.

W całej sprawie złodziejskiej reprywatyzacji, media, w tym te mainstreamowi, polują na głowę Hanny Gronkiewicz-Waltz. Z racji odpowiedzialności politycznej. I nawet PiS nie jest póki co tak radykalny w żądaniu głowy prezydent Warszawy, jak dziennikarze. Myślałem, że padnę, kiedy usłyszałem dziennikarza TVN 24, któremu bardzo nie podoba się pomysł zbadania przez komisję Rady Miasta, reprywatyzacji od roku ’90. Dlaczego? Ano dlatego, że takie badanie, to będzie trwało do końca kadencji, albo dłużej. Gdyby zbadać reprywatyzację ostatnich lat, najlepiej z czasów rządów HGW, nooo, to by było szybko, poleciałyby głowy, być moze (a nawet przede wszystkim) samej pani prezydent. I nie jest ważne (dla mediów oczywiście), jakie miałoby to konsekwencje dla miasta – bo jest jasne, że władzę PiS. Wręcz przeciwnie, w myśl zasady „show must go on”, działoby się. Oglądalnośc by wzrosła – na bank, nakład tej, czy innej gazety też, a przecież o to w tym chodzi. Nie o rzetelność, nie o dobro mieszkańców (Warszawiacy, macie prawo zacząć poważnie się bać – czynsze przejmowanych na mocy nowej, małej ustawy reprywatyzacyjnej pójdą drastycznie w górę, bo to norma), ale o show i zyski mediów.

Gdyby chodziło o rzetelność, dziennikarze śledczy GW dotarli by do ministerstwa finansów i jego uchybień, zbadaliby, albo pochylili się nad rolą sędziów sądów w tej aferze, itp. Tymczasem sprawa skupiła się na warszawskim ratuszu. Słusznie, że zainteresowano się ratuszem, ale… po zbiorowym gwałcie nie wystarczy pochwalić się złapaniem sprawcy. Jednego i obtrąbienie sukcesu: „My wyjaśniliśmy sprawę zbiorowego gwałtu!”. 

Ale szlaki ujawniania przez media afer i „afer” zostały przetarte już dawno, tak samo jak powiązane z nim łowy na głowy polityków. Było tego całkiem sporo i tu pora obejrzeć się wstecz.

W 1998. podczas zadymy kibiców koszykarskiej drużyny Czarni Słupsk, policjant miał zabić uderzeniami pałką uciekającego przed nim 13-latka. Eskalująca zamieszki lokalna stacja radiowa, podała do publicznej wiadomości nazwisko i adres zamieszkania owego policjanta mimo, iż sprawa nie była (i moim zdaniem nie jest do dziś) jednoznaczna. Policjant został skazany na 8 lat więzienia, jego życie i życie jego rodziny legło w gruzach. Po wyjściu z więzienia ten człowiek był wrakiem. Moim zdaniem był to klasyczny przykład kozła ofiarnego, a głównym powodem jego skazania było wyczyszczenie opinii o policji. Wszystkie krajowe media były „najedzone”, a z tego co wiem, lokalnym dziennikarzom radiowym chyba nie spadł włos z głowy (a nawet jeśli, to bardzo niezauważalnie). Żeby było ciekawiej, media (w tym przypadku TVN 24, które szeroko relacjonowały, śledziły sprawę zabójstwa 13-latka i nie użalały się nad losem policjanta), zrobiło kilka reportaży z udziałem tego policjanta, w tym jeden z jego pobytu w celi z innymi zabójcami i inny, z jego „życia” po wyjściu na wolność. Obydwa niezwykle przejmujące. Tym razem bardzo się dziennikarze martwili jego losem i okrutnością tego, co jego i jego rodzinę spotkało.

Zbigniew Ćwiąkalski, minister sprawiedliwości podał się do dymisji w związku z samobójstwem więźnia i zamordowaniem innego więźnia. Obydwaj więźniowie byli aresztowani w związku z głośną sprawą zabójstwa Krzysztofa Olewnika, niewyjaśnionego do dziś. Taajemnia poliszynela jest fakt, że Ćwiąkalski nie miał wyboru i premier Tusk odwołał go pod naciskiem opozycji i mediów. Wg nich takie ucieczki podejrzanych w sprawie wymagały głowy ministra. Mówiło się o tym ( i żądało) przez 24 godziny na dobę aż do skutku. Donald Tusk nie chciał zadzierać z mediami i często spełnial ich zachcianki, szczególnie kadrowe. Żeby było ciekawiej (znów), dziś media bardzo chętnie zapraszają Ćwiąkalskiego jako eksperta prawnego  przy różnych okazjach i słuchają jego opinii jak prawd objawionych. Choć w styczniu 2009. nie było im z ministrem po drodze. 

Afera hazardowa to kolejne złote jajo, po które łapczywie sięgnęły media.Opozycja, a za nią media bezpardonowo domagały się głów trzech bohaterów „afery”. I te głowy szybko dostały.
Zbigniew Chlebowski, przewodniczący sejmowej komisji finansów, wskutek nacisków opozycji i zmasowanych ataków i żądań mediów. Jego kariera polityczna, mimo wielu zasług i kapitalnej pracy został odwołany z tej funkcji, zawieszony, a potem wykluczony z partii PO. Skutkiem domniemanej afery było wykluczenie go z życia politycznego.
Mirosław Drzewiecki, moim zdaniem najlepszy w historii minister sportu, Również stracił posadę w wyniku afery hazardowej. Zresztą, w wyniku nagonki na Drzewieckiego jego matka zmarła w wyniku zawału serca. Nigdy nie zapomnę pastwienia się nad nim dwójki dziennikarzy z TVN 24 podczas konferencji prasowej związanej z pismem jego resortu do ministerstwa finansów. Pismem o  którym przez dużą część konferencji (a ja sądzę, że do jej końca) nie miał zielonego pojęcia, bo jak słusznie podkreślał, ufał swoim urzędnikom. I on również odszedł z życia politycznego. Ale, żeby było ciekawiej, i on, podobnie jak Ćwiąkalski, jest mile widzianym gościem w TVN 24 (tej samej, która złowiła jego głowę i zniszczyła mu życie polityczne), jako ekspert polityczny i od sportu.
I wreszcie Grzegorz Schetyna, który w wyniku tej afery stracił stanowisko ministra spraw wewnętrznych, oczywiście pod naciskiem mediów i opozycji. On jako jedyny z tej trójki ostał się w polityce i pełni główną rolę w PO.

Wszyscy trzej bohaterowie afery hazardowej obronili się przed sądami a samaq afera okazała się „aferą” na użytek opozycji i mediów. I choć to nieprawda, do dziś funkcjonuje w mediach głównego nurtu „spotkanie na cmentarzu” (nie było ani umówionym, ani na cmentarzu), czy termin „afera hazardowa”. Donald Tusk znów spełnił życzenie mediów i dał im głowy znakomitych polityków.

Sławomir Nowak, minister transportu, stracił stanowisko w wyniku oskarżenia o nieujawnienie majątku w zeznaniu majątkowym. Chodziło o jego własny zegarek o wartości (uwaga!!!) 17 tys. złotych. Oskarżenie wywołało w mediach nagonkę na Nowaka na niespotykaną do tej pory skalę. Nie przypominam sobie, żeby jakiś inny polityk był tak agresywnie ścigany w mediach za „przestępstwo”. Tym bardziej, że był chyba jedynym politykiem odpowiadającym karnie za „oszustwo majątkowe” mimo, że nieprawidłowości w zeznaniach majątkowych parlamentarzystów było dużo i to nieprawidłowości o nieporównywalnie większej wartości materialnej. Tusk nie tylko, że dał mediom głowę Nowaka, to jeszcze potraktował go wyjątkowo podle, odcinając się od Nowaka nie tylko politycznie, ale i towarzysko. Sławomir Nowak jest kolejnym klasycznym przypadkiem sukcesu medialnych łowców głów, czy jak kto woli, medialnego polowania na czarownice.

Kolejne głowy ścięte przez media to ofiary afery podsłuchowej. Bardzo płynnie media poszkodowanych, ofiary nielegalnych podsłuchów prywatnych bajdurzeń przy gorzale, uczyniły demonami polskiej polityki. Sikorski, Rostowski, Sienkiewicz to tylko trzy przykłady zdobyczy „łowców głów”.

Zadziwiający jest brak symetrii w łowieniu głów PO, wcześniej SLD, a łowieniu trofeów PiS-owskich. Zaledwie szeptało się cichutko i króciutko o głowach Jurgiela, Błaszczaka, Kempy i… nikogo więcej. W przeszłości taśmy Beger też nie były ścigane tak usilnie jak np. Sławomir Nowak, podobnie jak nieśmiało przebąkiwano o głowie Dorna po śmierci dwóch policjanów na służbie po (chyba) odwożeniu jakiegoś pisowskiego kacyka do domu. Z jakąś taką nieśmiałością, za każdym razem media „łowią” głowy Prawa i Spawiedliwości.

I cisną mi się pod klawisze słowa Edwarda Stachury, które dziennikarze powinni uważnie przeczytać:

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Być uważnym
Pełnym pasji
Dobra wasza
Gwiżdżą ptaki
I tego trzymać się trzeba

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Żeby człowiek
W życiu onym
Sprawiedliwym
Był i godnym…

 

niedziela, 21 sierpnia 2016

Andrzej Duda, prezydent PiS podpisał tzw. „Małą ustawę reprywatyzacyjną”, uchwaloną zresztą jeszcze przez rząd PO/PSL w poprzedniej kadencji.

Natychmiast po tym fakcie w mediach rozgorzała dyskusja – oskarżenia skierowane w stronę PO, a w zasadzie pod adresem Hanny Gronkiewicz-Waltz o przyzwolenie na dziką prywatyzację warszawskiego mienia.

Musze zaznaczyć, że pojawiać się będą w tym tekście określenia „nie pamiętam dokładnie”, „nie znam szczegółów”, itp. Ktoś może zapytać: to po co się tym zajmuję, skoro się nie znam? Odpowiedź jest prosta – pamiętam początek owej dzikiej prywatyzacji, a poza tym bardzo mnie temat zwrotu mienia „prawowitym właścicielom” obchodzi z powodów, o których niżej.

Jakieś może dwa lata temu, przy okazji kolejnego już (któregoś z kolei…?) bardzo głośnego przypadku najzwyczajniejszego w świecie bandyckiego przypadku oddania „kuratorowi spadkobierców nieruchomości”, głos zabrała prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Instytucja owego kuratora jest tak kuriozalna, że aż nie chce się wierzyć, że w ogóle mogła powstać. I do tego faktu właśnie chcę powrócić w kontekście oskarżeń pod adresem pani prezydent Warszawy.

W studio telewizyjnym dziennikarz pytał panią prezydent jak to możliwe, że kompletnie niezwiązanemu z byłymi właścicielami człowiekowi, oddawany jest majątek w newralgicznym punkcie stolicy, wart kolosalne pieniądze. Mało kto dziś pamięta o tej rozmowie, ale Gronkiewicz-Waltz opowiadała o początku owej dzikiej prywatyzacji.

A zaczęło się w sądzie, do którego zwrócił się jakiś gość z żądaniem zwrotu nieruchomości w Warszawie. Człowiek ten wiedział, kto był właścicielem owej nieruchomości przed wojną i na tym kończył się jakikolwiek związek owego człowieka z byłymi właścicielami. Znał jedynie nazwisko właścicieli. Nie pamiętam, czy miał jakiś świstek od prawników, czy jakieś inne papiery, w każdym razie zobowiązał się, że będzie się opiekował ową nieruchomością i zobowiązał  się odnaleźć właścicieli. Nie znam szczegółów, ale pamiętam, ze musiał kilkakrotnie zamieszczać w prasie ogłoszenie o poszukiwaniu właścicieli, a w przypadku ich niezgłoszenia się, po pewnym czasie stawał się jej właścicielem, czy też głównym dysponentem. Tak więc dostał ją właściwie za darmo, a mógł ją sprzedać po cenie rynkowej, czyli z ogromnym zyskiem. Za darmo więc, miał prawo stać się bogaczem.

Nie ma bardziej przestępczogennego prawa, niż usankcjonowanie przez sądy prawa do bandyckiej prywatyzacji. Ratusz Warszawski, wg słów pani prezydent z zaciśniętymi zębami i z poczuciem totalnej bezsilności musiał przekazać okazały budynek człowiekowi znikąd. Owe decyzje sądów były precedensem, po którym następne uznawania przez sądy roszczeń „przygodnych” ludzi w sprawach zwrotu majątku „kuratorom” przedwojennych właścicieli odbywały się niejako z automatu. Stały się normą.

Nie mogę wyjść z podziwu, dlaczego opinia publiczna, dziennikarze kierują swoje oskarżenia pod adresem ratusza, kompletnie nie interesując się okolicznościami prawnego usankcjonowania pierwszego, bezprecedensowego przypadku bandyckiej prywatyzacji przez sędziów sądów. Aż krzyczą, wołają o sprawdzenie okoliczności i rola prawników (sędziów? prokuratorów? adwokatów?) okoliczności ustanowienia owego precedensu. Skoro wyroki uznające roszczenia „kuratorów” stały się normą, a koszty postępowań ponosił ratusz, trudno się dziwić ewentualnym rezygnacjom ratusza stolicy z kolejnych, z góry wiadomo, że przegranych – bo kolejne sprawy było bliźniacze, identyczne, postępowań sądowych i przyznawały nieruchomość, czy równowartość z pominięciem drogi sądowej. pamiętam z jakim przejęciem Hanna Gronkiewicz-Waltz o tym opowiadała, ponieważ w grę wchodziły potężne pieniądze z budżetu stolicy z powodów zadośćuczynienia roszczeń. Owa reprywatyzacja, a szerzej zwrot mienia poprzednim właścicielom lub ich „reprezentantom” dotyczy nie tylko Warszawy.

I w tym miejscu chciałbym określić swoją postawę zdroworozsądkowa, będącą w opozycji do tych, którzy nazywają mnie zdeklarowanym antypisowcem, lemingiem, itp. Otóż zdecydowanie jestem antypisowcem, ale bynajmniej nie dlatego, że „tak, bo tak”, ale dlatego, że zdecydowaną większość poglądów i poczynań tej partii uważam za złe, szkodliwe i rujnujące dla Polski. Ale nie wszystkie, a jednym z niewielu tematów, w których się z PiS-em zgadzałem była właśnie kwestia zwrotu nieruchomości poprzednim właścicielom, czego PiS, tak jak ja, było zagorzałym przeciwnikiem.

Jest tajemnicą poliszynela, że przygniatająca większość nieruchomości w Warszawie i w innych wielkich miastach Polski długami stało. Jest tajemnica poliszynela, ze w ostatnich latach, w cudowny sposób odnajdywane są dokumenty świadczące o prawach własności byłych właścicieli, a w jeszcze cudowniejszy sposób nie znalazł się ani jeden dokument dłużny owych właścicieli, zadłużonych przed wybuchem wojny po same uszy, albo głębiej. Jest tajemnica poliszynela, że oddawane są nieruchomości właścicielom (lub ich przedstawicielom), za które byli właściciele otrzymywali już zadośćuczynienie.

I tutaj chcę przejść do zwrotu nieruchomości poprzednim właścicielom ze Śląska i z Mazur (szerzej – byłych Prus Wschodnich), którzy uciekli (dobrowolnie) z terenów zajmowanych przez Polskę po wojnie, lub, co jeszcze bardziej kuriozalne, którzy wyemigrowali do Niemiec w latach ’70. i ‘80. Któż z nas nie pamięta batalii o gospodarstwo rodziny ze wsi Narty na Mazurach, którego zwrotu zażądała kobieta, która wyemigrowała z Polski w latach ’70. Mieszkańcy owego gospodarstwa mieszkali tam ponad trzydzieści lat, ale dla sądu nie miało to najmniejszego znaczenia. Podobnie jak nie miał znaczenia fakt, że wszyscy „Niemcy” emigrujący z Polski w latach ’70. i później dostawali od rządu niemieckiego zadośćuczynienie za pozostawione mienie. Nawet ci, którzy nie mieli nic, a mieszkali w państwowych mieszkaniach czynszowych, po emigracji dostawali  środki na tzw. „zagospodarowanie”. Właściciele majątków, dostawali w Niemczech nieporównywalnie więcej. Można więc śmiało wysnuć tezę, że emigrujący Niemcy zreprywatyzowali się dwa razy: raz, otrzymując zadośćuczynienie w Niemczech po przeprowadzce do ojczyzny i drugi raz otrzymując zwrot, lub zadośćuczynienie nieruchomości pozostawionej w Polsce.

Krótko po głośnej sprawie zwrotu gospodarstwa „prawowitej właścicielce” w Nartach, podobna sprawa miała miejsce w moim mieście – mieście na Śląsku Opolskim. Oto w jednej z dwóch najważniejszych dzielnic w mieście, na jednej z najbardziej newralgicznych ulic w tej dzielnicy, duża kamienica została „zwrócona” ludziom, wskazanym przez spadkobierców byłych właścicieli. Owi właściciele byli zupełnie niezainteresowani kamienicą, ale na skutek koligacji czy to towarzyskich, czy dalekiego spowinowacenia (dokładnie nie pamiętam), zajęli się sprawą odzyskania nieruchomości dla… „nie właścicieli”. I dopięli swego. Ludzie, którzy mieszkali w mieszkaniu komunalnym, niewykształceni, z klasy niższej od zawsze, stali się właścicielami pięknej kamienicy. Kamienicy, którą przez ponad czterdzieści pięć lat zajmowało się, remontowało, konserwowało, administrowało państwo polskie, czyli miasto. Ci ludzie nie zostali stąd wyrzuceni, nie byli uchodźcami, ale uciekli do Niemiec razem z hitlerowskim wojskiem, porzucając swoje mienie. Po tym lokalnym precedensie, takich zwrotów było całkiem sporo.


Dom zwrócony Agnes Trawny, Narty (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

Zadziwia mnie beztroskie oddawanie zadbanego mienia porzucającym je kiedyś właścicielom, z powodu… przegrania przez Niemcy II wojny światowej. Jasne jest, że ci, którzy są obywatelami państwa przegrywającego wojnę, wywołaną zresztą przez własne państwo, zawsze(!!!) ponoszą straty. Nie tylko moralne, ale też majątkowe i finansowe. Tymczasem Niemców traktuje się u nas tak, jak ofiary wojny. Niechcianej (przez nich) wojny. Takiej postawy państwa polskiego i polskiego wymiaru sprawiedliwości nie zrozumiem nigdy. Wiem, że Polska przegrywała jakieś procesy w Trybunale w Strassburgu, ale moim skromnym zdaniem wynika to albo ze złej woli naszych prawników, albo z niedbałości o dobro państwa, albo z jakiegoś innego, niezrozumiałego dla mnie powodu.

Wracając jeszcze do stolicy, miasto zrównane z ziemią w ok. 80%., czyli zamienione w kupę gruzów, zwraca dziś „byłym właścicielom”, w przygniatającej większości zadłużonym na wartość owych nieruchomości, przepiękne budynki, place, obiekty niegdyś bezwartościowe, bądź z powodu zadłużenia, bądź położenia na obrzeżach ówczesnej stolicy, dziś znajdujących się niemal w centrum, dziś warte kosmiczne pieniądze.

Swoje roszczenia, często kurialne, do nieruchomości w Polsce mają też Żydzi.

To nie jest normalne. To nie jest uczciwe. To nie jest moralne. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nikt nie ściga, nie sprawdza prawników – bo to tylko i wyłącznie sprawka prawników, którzy do tego doprowadzili. Nie wiem, czy w jakimkolwiek innym europejskim kraju prawnicy utorowali drogę potężnemu bandyckiemu procederowi i wręcz stali się ojcami (przynajmniej w sensie moralnym, choć wątpię, żeby była to jedyna okoliczność) bandyckiej „reprywatyzacji”. Szczerze wątpię.

Pisałem już na ten temat ponad pięć lat temu, zresztą niejeden raz. Np. tutaj: https://slizewski.wordpress.com/2011/03/18/zadanie-restytucji/

czwartek, 11 sierpnia 2016

Jarosław Kaczyński im bardziej zapiera się oskarżeniom o łamanie demokracji, tym bardziej brnie w tworzenie państwa totalitarnego. Jedynym argumentem, który mu został i którym krzyczy jest nieograniczone prawo do demonstrowania, choć i ono jest dyskusyjne i śmiem przypuszczać, że i na nie się zamachnie w razie konieczności.

Gorzej, jeśli nie będzie musiał, bo jakoś Polakom coraz mniej się chce demonstrować, skoro wszelkie demonstracje okazują się wołaniem na puszczy. Bo ile można wołać bez sensu.

Oto podczas kolejnej miesięcznicy prezes zbawiciel oznajmił (tłumacząc z kaczyńskiego na nasze), że jeśli się im zabroni (pomników) to sobie to toporami wyrąbią. Czyli „prawo prawem, a racja jest po naszej stronie i my tę naszą rację będziemy wprowadzać w życie”.

Czyli działanie na podstawie faktów dokonanych. To może mieć miejsce w obliczu bezprecedensowego wyroku sądu w sprawie bezprawnego powieszenia i obecności krzyża w sejmie, czyli „No…, on został powieszony niezgodnie z prawem, ale skoro większość posłów to akceptuje, bo jest wierzącymi, to… ma prawo tam wisieć”. Albo innego: „Wszystkie dowody rzeczowe w sprawie śmierci Barbary Blidy zostały zniszczone, ale nie miało to żadnego wpływu na prawidłowy przebieg śledztwa”. Skoro takie kwiatki już przerabialiśmy, i to w czasie, kiedy PiS było w odwrocie, to nie dziwi pewność siebie Zbawcy Kaczyńskiego teraz, kiedy ma pełnię władzy.

Jestem więcej niż przekonany (choć wcale mnie to niestety nie cieszy – to bardzo delikatne określenie), że Kaczyński zrobi tak, jak chce i w dodatku sąd uzna jego racje. Czyli dwa pomniki smoleńskie na Krakowskim Przedmieściu będą, a tablice dodatkowo, jeśli Jarosław zechce, zawisną na murach kancelarii.

Kuriozalnie zabrzmiało stwierdzenie Kaczyńskiego, że opozycja (a bardzie były rząd) nie szanuje polskich tradycji, czyli w istocie jest najeźdźcą. Kuriozalnie, bo kto, jeśli nie najeźdźca nie zważa na istniejące na zajmowanym terenie prawo? Kto, jeśli nie najeźdźca kompletnie nie przejmuje się konstytucją i prawami większości obywateli zajmowanego terytorium? Kto jeśli nie najeźdźca nakazuje, wymusza stosowanie swoich decyzji, dekretów przez okupowane społeczeństwo? Kto wreszcie, jeśli nie najeźdźca, poniża, dyskryminuje i upokarza większość podbitej ludności? (patrz: apel smoleński, gorszy sort i komuniści i złodzieje oderwani od koryta).

Kaczyński, to ty masz mentalność najeźdźcy, okupanta i stosujesz ich metody. Mniejszość społeczeństwa, nie większość, wierzy w zamach smoleński, ogląda propagandową, okupacyjną telewizję, uznaje Lecha Kaczyńskiego za najlepszego prezydenta. To ty, Jarosławie Kaczyński jesteś najeźdźcą i okupantem!

Kaczyński wprost zapowiedział, że nie zamierza respektować prawa. Czy polskie społeczeństwo jest na tyle tchórzliwe, że prawo będzie przestrzegać i patrzyć jak Kaczyński i PiS je łamią?

Czy frankowicze zdecydują się na niespłacanie kredytów (komornika zawsze można przegonić widłami, a poza tym pozostaje argument: „Wasz szef też łamie prawo i nikt go nie rusza”?

Czy właściciele ziemi zdecydują się sprzedawać swoją ziemię mimo ubezwłasnowolnienia prawnego? Ot tak, „z reki do ręki, a potem jakoś będzie”?

Czy kierowcy zdecydują się nie płacić mandatów? A jak policjant będzie namolny, to czterech pasażerów z samochodu przywróci go do pionu?

Wreszcie, jaką wartość będzie miało prawo wprowadzane przez ludzi, którzy zapowiadali łamanie prawa i nawoływali do jego łamania? Przecież ich wiarygodność będzie żadna. A Polacy to naród przekorny – nie lubią trzymania za mordę, szczególnie za pomocą prawa wprowadzonego na siłę i przeciw większości.


Dziwię się infantylności i bezrefleksyjności wyborców PiS-u, którzy na argument „łamania prawa” odpowiadają” On chce dobrze, to niech robi to dalej”. Durnie nie wiedzą, że identycznie myśleli np. frankowicze, albo pielęgniarki. A wkurza mnie to szczególnie w obliczu reakcji Jarosława Kaczyńskiego na transparent wywieszony przez KOD, zawierający cytat Lecha Kaczyńskiego w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Jarosław stwierdził, że to transparent obrażający zmarłego, choć były to jedne z najbardziej szlachetnych słów, wypowiedzianych przez zmarłego prezydenta. Skoro jego własne szlachetne słowa go obrażają, to co go nie obraża? A wyborcy dalej (a nawet bardziej), jak zaprzęgnięte muły na pustynnym poletku.

Co będzie dalej? Polacy będą się przyglądać? I nic? Unia Europejska w swojej ślamazarności będzie napominać? I nic? Będą sankcje (wtedy polski rozłam, choć już głęboki jak Rów Mariański jeszcze bardziej się pogłębi, na zwolenników i przeciwników UE? Wtedy Kaczyński będzie miał pole do popisu – patrz: Putin, jego retoryka o złym zachodzie i uwielbieniu cara przez naród rosyjski. Wtedy Kaczyński wygra – bo wróg wreszcie ukaże swoje faszystowskie, lewackie, zdradzieckie, pedalskie i żydokomunistyczne (do wyboru, wg upodobania komentatora) oblicze.

Ciekawe kiedy i czy w ogóle naród, ale ten naprawdę – większość, a nie elektorat PiS-u, zbuntuje się przeciw prawu, albo kiedy zwycięży opcja „morda w kubeł” – jak w PRL-u i Polacy bez szemrania… dadzą dupy i uklękną przed Kaczyńskim.

czwartek, 21 lipca 2016

Gruchnęła w mediach wieść o planie podwyżek wynagrodzeń dla VIP-ów – ministrów, vice, sekretarzy i podsekretarzy stanu, parlamentarzystów i ustanowienia wynagrodzenia dla żon prezydentów. Gruchnęła i wywołała gigantyczną, medialną burzę.

I nagle władze PiS, w osobach prezesa-Zbawiciela i Szydło zwanej premierem (dla zmyłki), z oburzeniem skrytykowały nieuzasadnione i zuchwale wysokie podwyżki. PiS musiał wycofać się z planowanych podwyżek i ogłosił już nowy projekt. Podwyżki będą o ok. połowę mniejsze. Parlamentarzyści nie zyskają nic, za to prezydentowa dostanie 10 tys. wynagrodzenia miesięcznie. W kompletne osłupienie jednak wprowadził mnie dodatkowy pomysł, którego nie było w poprzedniej, wycofanej propozycji podwyżek. Otóż… rentrę specjalną mają otrzymywać dzieci zmarłego prezydenta. Punkt dodany zdecydowanie pod Martę Kaczyńską. To kuriozalne, zważywszy, że otrzymała ogromny majątek po śmierci rodziców z ubezpieczenia i decyzją prokuratorii, a poza tym taka renta przysługuje wyłącznie małoletnim, lub uczącym się. Marta ma majątek, ma firmę i była żoną jednego z najbardziej majętnych prawników w Pomorskiem.

Ściemą jest też zaskoczenie, jakie pomysł o podwyżkach i ich wysokościach prezesa –Zbawiciela. Miał on rzekomo o niczym nie wiedzieć, ale jest to kłamstwo. Podczas posiedzenia klubu PiS Kaczyński głosował za poddaniem pierwotnego projektu o podwyżkach pod obrady sejmu. Czyli PiS, jak zwykle, kłamie.

Dziwnym też trafem zniknął też autor projektu podwyżek. Nikt w PiS nie wie, kto jest autorem projektu. Możliwe jest, że Nowoczesna, lub PO podrzuciły PiS-owi kukułcze jajo przebrani za jakiegoś posła PiS-u.

Podwyżki dla władzy wg polityków PiS-u są niezbędne, żeby fachowcy nie odchodzili do sektora prywatnego. To dziwne, jeśli przypomnimy sobie ile pomyj wylano na min. Bieńkowską za podsłuchane w knajpie słowa o marnych 6 tys. w administracji rządowej. Dziś, jakby nigdy nic Jacek Sasin przyznaje z rozbrajającą szczerością, że „Bieńkowska miała rację”.

*     *     *

Po co właściwie Macierewiczowi „apel smoleński” na każdej uroczystości z udziałem wojska. Wydawać by się mogło, że to głupi pomysł, ale on wcale taki głupi nie jest. Przypomina mi do złudzenia sprawę nielegalnie powieszonego krzyża w sejmie. Ten krzyż, choć powieszony nielegalnie, wisiał w sejmie bez przerwy, wbrew prawu. Bo nikt nie miał odwagi go zdjąć. Aż w końcu sprawą zajął się sąd. I orzekł, że krzyż ma zostać. I uzasadnił m.in.: Jest i prawo do wolności od religii, na które powoływali się powodowie wskazując na kolizję obu praw. - Sąd musi wyważyć te interesy, stosując zasadę proporcjonalności. Trzeba wtedy wykazać, jakie szkody się poniosło. Szkody takiej w ocenie sądu nie powoduje wywieszenie symbolu religijnego w przestrzeni publicznej. Tak więc z nielegalnego, krzyż stał się legalny, bo nie może przeszkadzać niewierzącym i przynosić im szkody. Prawdopodobnie podobną logiką posługuje się Macierewicz. Nie ma potrzeby, żeby jakaś podkomisja udowodniła wybuchy, czy inną pancerną brzozę. Oni oczywiście będą „pracować” i zarabiać, żeby została im wynagrodzona lojalność wobec PiS, w trudnych czasach, ale to do niczego nie musiało być potrzebne. Chodzi o to, żeby wtłoczyć w społeczeństwo, przyzwyczaić do „poleglych” i do „zamachu” i do „na służbie dla Polski”, itd. Podkomisję wyprą procesy karne „zbrodniarzy smoleńskich”, a w 2019 wystarczy powiedzieć polakom, że ponieważ Rosjanie nie współpracowali, utrudniali…, nie udało się jednoznacznie wyjaśnić, ale to tym bardziej świadczy o poległych i o zamachu.

Dokładnie jak z krzyżem – to po prostu jest i już tak zostanie, bo „apel smoleński „nie powoduje żadnej szkody przeciwnikom” prezydenta Lecha Kaczyńskiego i PiS-u. Tak miało być i Macierewicz do tego prze. Nie spodziewał się jednak takiego oporu ze strony uczestników i stron wielu uroczystości rocznicowych. Nie wiem, a jestem bardzo ciekawy, jak się ta sprawa zakończy. Czy Macierewicz odpuści, czy postawi na swoim upokarzając uczestników zrywów wolnościowych i antykomunistycznych.

Wydaje się, że powinien odpuścić, jeśli wziąć pod uwagę opowiedzenie się Marty Kaczyńskiej przeciw wciskaniu na siłę apelu smoleńskiego w inne uroczystości. Mnie się wydaje, że to jest wyreżyserowany głos, w celu przygotowania miękkiego lądowania dla Macierewicza, czyli odpuszczenia z „zachowaniem twarzy” (jakkolwiek to kosmicznie brzmi – Macierewicz i „twarz”).

*     *     *

Grzegorz Schetyna wywala z partii działaczy, którzy „szkodzą wizerunkowi partii”. Posłów Stanisława Huskowskiego, Jacka Protasiewicza i Michała Kamińskiego. Szkodzenie wizerunkowi partii to kompletna bzdura, jeśli szkodzili, to co najwyżej (i to jest bardzo dyskusyjne) wizerunkowi Schetyny. Schetyna próbuje zaśladowac działania Donalda Tuska, ale kompletnie nieudolnie. Bo nie te powody, nie ta klasa (Schetyna nie dorasta Tuskowi do pięt, pod każdym względem) i wreszcie…, najgłupszy czas z możliwych. Jeśli już lider PO chciałby kogoś wyrzucać za szkodzenie wizerunkowi partii, to w pierwszej kolejności musiałby wyrzucić samego siebie, za szkodzenie wizerunkowi partii i ówczesnej przewodniczącej Ewy Kopacz podczas minionej kampanii wyborczej do parlamentu, kiedy to głośno i publicznie krytykował jej działanie i jej kampanię.

Najbardziej zawiedziony jestem postawą, czyli głosowaniem „za usunięciem” takich osób jak Rafał Trzaskowski. Czyżby jednak partyjny stołek okazał się ważniejszy od zdrowego rozsądku i zwykłej uczciwości dla pana Rafała?

Wszystko co robi Schetyna jest źle. Począwszy od „dziwnego” wspierania KOD-u i wciskania tam na siłę swojej partyjności, poprzez wojnę z Nowoczesną, układanie się z PiS-em (nie tylko w terenie, ale choćby uzgadniając jakieś poprawki do nowej ustawy o TK uważam za haniebne), poprzez wojnę wewnątrz Platformy. PO pod przywództwem Schetyny nie przetrwa. I to on, Grzegorz Schetyna będzie autorem jej upadku (zmarginalizowania, albo rozwiązania).

piątek, 24 czerwca 2016

Wiem, że Paweł Kukiz od lat nie pije i chwała mu za to – takich ludzi należy za to szanować (wiem co to znaczy i wiem ile to kosztuje). Ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że pan Kukiz, co nie wystąpi przed kamerą, to za każdym razem bardziej „odlatuje”. Wiem, że nie jest naćpany, ale mówi, wyraża opinie jakby „coś brał”.

Miałem kiedyś z nim ogromną przyjemność dyskutować na blogu (tym, jeśli się nie mylę), na temat bezpieczeństwa, policji, itp. i dość szybko zrozumiałem, że w tamtych kwestiach gość ma ogromną wiedzę. Zresztą wiele osób wie, że sprawy policji były bardzo bliskie Kukizowi i, nie ma co dyskutować, znał te sprawy znakomicie.

Dziś jednak wypowiedział się na temat Brexitu, a ostatnio również na temat Macierewicza. Zacznę więc od końca – od Macierewicza. Otóż Antoni Macierewicz wg Pawła Kukiza jest najlepszym ministrem Obrony Narodowej od '89 roku, bo najbardziej troszczy się o bezpieczeństwo Polski.

Rozumiem, że pan Kukiz postrzegał Polskę jako kraj kompletnie bezbronny podczas sejmowej debaty na temat „audytu rządów PO/PSL, i niemal natychmiastowe jej uzbrojenie po zęby i w ten sposób przeobrażenie w kraj absolutnie bezpieczny,a wszystko to na przestrzeni zaledwie kilku dni. „Chwilę” bowiem, po ogłoszeniu bezbronności Rzeczpospolitej, Macierewicz podczas jakiegoś okazjonalnego wystąpienia stwierdził, że polska (już?) jest bezpieczna, odpowiednio uzbrojona i zabezpieczona. Już choćby za samo stwierdzenie publiczne: „Polska jest zupełnie bezbronna”, nawet gdyby tak było (zresztą moim zdaniem zdecydowanie tak jest i jeszcze długo będzie), minister obrony  powinien nie tylko dostać czerwoną kartkę, ale stanąć przed sądem wojskowym. Jest cywilem co prawda, ale zarządza wojskiem i obowiązują go wojskowe… tajemnice. Pan Kukiz, niegdysiejszy znawca spraw bezpieczeństwa wierzy zdaje się, że szczyt NATO, „Anakonda”, itp., to zasługa Macierewicza, co jest kompletną bzdurą i fachowiec pokroju Kukiza powinien o tym doskonale wiedzieć. Już nie wspomnę o „apelu smoleńskim” w każdej uroczystości z udziałem wojska, co jest kontynuacją, tym razem w majestacie prawa, wcielania w życie macierewiczowskiej paranoi smoleńsko-zamachowej i świadczy zapewne o bezpieczeństwie.

Za Brexit Paweł Kukiz chce surowych kar dla unijnej wierchuszki, w tym „dla Tuska, bo nie tylko w Unii, również w Polsce tyle nabroił, że spokojnie Trybunał Stanu…” (to cytat z pamięci, bo chwilę temu była owa wypowiedź transmitowana na żywo i nie miałem czasu szukać „zapisu” w internecie. Czyli brexit to nie wina Camerona, ale Tuska i spółki. Tutaj rzeczywiście pomyślałem, że Kukiz się naćpał.

Jeśli mógłbym coś panu Kukizowi doradzić (choć rzecz jasna i tak mnie nie posłucha), to doradziłbym, żeby nie wypowiadał się publicznie, „na gorąco” komentując dopiero co zaistniałe wydarzenia. Lepiej później i… bardziej logicznie. Każdy ma oczywiście prawo do swojego zdania i nie odbieram go również tym, choć uważam to za kompletne oderwanie od rzeczywistości i objaw kompletnego zindoktrynowania populizmem, którzy chcą Tuska stawiać przed TS.

Uważałem kiedyś, że akcja „Zmieleni” Kukiza to znakomita inicjatywa. Mało było bowiem osób, którym władza PO, jej arogancja, buta i pewność siebie nie wychodziła by uszami. Przystąpiłem ochoczo do „Zmielonych” niemal od samego początku w internecie. Szybko jednak „otrzeźwiałem”, kiedy czytałem posty, a szczególnie komentarze w grupie „Zmielonych” na Facebooku. Stało się jasne, aż raziło w oczy spisienie „Zmielonych”. Tak naprawdę „Zmielonych” opanowali PiS-owscy zwolennicy i narodowcy, choć ci w nieco mniejszym stopniu. Nawet apelowałem w komentarzach, zwracałem uwagę na spisienie, ostrzegałem przed spisieniem. Nawet Kukiz (zapewne nie on osobiście, tylko jego administratorzy pod jego nazwiskiem) zapewniali mnie, że „absolutnie”, że „nic z tych rzeczy”, Że „PiS to taka sama partiokracja jak PO” itp. Nie uwierzyłem, uciekłem i dziś wiem, że się nie myliłem. Kukiz’15 jest przystawką PiS i żadne zaklęcia Kukiza i jego posłów tego nie zmienią. „To widać, słychać i czuć” – cytując klasyka. Opinia o Macierewiczu, papugowanie Kępy (o TS dla Tuska), schizofreniczne, choć w większości popierające PiS opinie i głosowania w sejmie są tego najlepszym dowodem.

Chce Paweł Kukiz stawiać Tuska przed Trybunałem. Nie stwierdza za co, ale domyślam się, że za OFE, co by tu jeszcze…, za wzrost liczby urzędników, specjalnie w kraju nic mi więcej do głowy nie przychodzi, ale mam nadzieję, że pan Kukiz dopowie. Za działania w Unii wiadomo – brexit, imigranci i… też nie wiem, ale może za mało kasy wytargował na budżet dla Polski, bo co to jest niecałe 400 mld € -  Kukiz wytargowałby 967 (mld) i dodatkowo 620 – na drobne wydatki.

Za brexit odpowiedzialny jest David Cameron. Chciał zaszantażować Unię – „Nie chcemy dopłacać – chcemy dostawać, tak jak Polska, Węgry i inne Czechy”. Narobił rabanu w swoim kraju i pospiesznie zarządził referendum, choć za chwilę Unia niemal zupełnie mu uległa. Niemal zupełnie, bo mimo wszystko Wielka Brytania pozostaje płatnikiem netto, ale w najmniejszym z najbogatszych krajów Unii stopniu. I to znacząco najmniejszym. UK chciało, aby traktować je, tak samo, jak kraje postkomunistyczne, bo im się należy i już. UK zawsze „jechało” na ulgach, z powodu likwidacji szkockich kopalń, mimo, iż już rośnie drugie pokolenie Szkotów, które kopalni nie widziało na oczy, a Szkocja żyje i rozwija się bez nich. Ulgi zaś miały zrekompensować „okres przejściowy”. Młody Szkot zapytany na ulicy, za jaki okres przejściowy UK dostaje ulgi z Unii, zapewne by zbaraniał ze wstydu, że… nie ma pojęcia „o czym ty do mnie rozmawiasz”.

I jeśli Donald Tusk miałby stanąć przed Trybunałem Stanu, to chyba za to, że zbyt gorliwie wspierał Camerona w forsowaniu jego postulatów finansowych, zresztą z wzajemnością i za to, że to właśnie Cameron, a nie Merkel, jak się powszechnie uważa, jest głównym udziałowcem ustanowienia Tuska Przewodniczącym PE. Merkel rzuciła pomysł, chęć, Cameron zrobił całą resztę. Zresztą, było to widać gołym okiem i dziwne, że pan się rzuca (jak papuga Kaczyńskiego) Merkelowej do gardła. Jeśli powinien stanąć przed TS, to za to, że zbyt głęboko wchodził w d*** Cameronowi, zamiast wypierdolić go z Unii na zbity pysk – referendum odbyłoby się już z jakieś rok temu, a wynik zwolenników z wyjścia byłby 90 do 10 %. UK nic Unii nie daje – praktycznie rzecz biorąc jej udział finansowy jest prawie zerowy – UK bez Unii będzie pionkiem – pikusiem, podczas gdy Unia, jeśli się wzmocni po podpadnięciu kolejnych malkontentów (np. Grecja, Dania czy Holandia) może się znacząco wzmocnić. Wie o tym doskonale Nigel Frage, który ogłasza „Unia umiera. Unia się rozsypuje i mam nadzieję, że jesteśmy pierwszą wyjętą cegłą z tego muru” – od tej chwili Unia będzie dla UK rywalem nie do pokonania – są za mali w pojedynkę. Jedynie Europa bez Unii pozostawi ich liczącymi się graczami na starym kontynencie.

Chce pan Kukiz stawiać Tuska przed TS za OFE (chyba?) i za brexit. Jestem w szoku, że pan Kukiz nie chce TS dla Ziobry, dla organizatorów lotu smoleńskiego z kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, żyjących (Waszczykowski – zastępca szefa BBN i Sasin – zastępca szefa Kancelarii) i nieżyjących (Szczygło – szef BBN, Błasik i reszta generałów – szefów rodzajów sił zbrojnych). Żyjących oraz Szczygłę i szefa kancelarii Stasiaka za organizację lotu i listę pasażerów, generałów i Szczygłę (dodatkowo) za narażenie bezpieczeństwa kraju na zbrojną agresję z zewnątrz. Pan Kukiz tego nie dostrzega? Pan Kukiz wspiera polowanie na czarownice pt. Arabski, bo Szczygło miał go w dupie i nie życzył sobie żadnej współpracy, poza wykonaniem poleceń kancelarii prezydenta? Pan Kukiz nie rozumie wojny, jaka by miała miejsce, gdyby Arabski „się postawił” kancelarii? Pan Kukiz jest ślepy? Naćpany? Pan Kukiz zgłupiał? Do cholery! Kukiz!!! Kiedy pan kurwa zacznie myśleć!? Znam pana Kukiza „zawód” Platformą, sam jestem i byłem zawiedziony, choć w przeciwieństwie do niego nie próbowałem układać się z nimi personalnie (tzn. znać ich i dyskutować). Ale jeśli ma to być jego prywatna zemsta za jakieś niedotrzymane słowa Schetyny, czy inne oburzenie, bo zamiast pier***ić kryzys światowy, powinni potroić wydatki na kulturę, to jawi się pan Kukiz małym, mściwym… (nie będę kończył z powodów oczywistych).

Życzę panu Kukizowi miłej współpracy z Prezesem Polski, przyszłym dyktatorkiem (tylko ślepiec, albo ćpun, albo kompletny dyletant, nieczytający choćby archiwalnych wynaturzeń Kaczyńskiego sprzed lat może tego nie widzieć), z pewnością większość z was zeżre, a potem wyrzyga i spłucze (tak jak LPR, czy Samoobronę), ale może niektórym się uda załapać do jakiejś rady nadzorczej… a choćby stadniny, np. – to co z tego, że się nie znacie – w PiS prawie nikt się nie zna (Platfusom można było zarzucić wiele, ale pielęgniarek i sprzedawców w pizzerii, że o prominentach PZPR nie wspomnę, czyli kompletnych dyletantów) na ważnych, np. w radach nadzorczych, czy co gorsza w Zarządach głównych spółek nie stawiała. W większości byli to ludzie (jasne, że ich) znający się na robocie, w której dostawali stołek.

Mam nadzieję (niewielką, ale jednak), że pan Kukiz tu zerknie, więc proszę ewentualnych komentatorów o kulturę.

Wahałem się przed wrzuceniem pewnego zdjęcia, żeby pana Kukiza nie urazić, ale uznałem, że politykowi nie zaszkodzi przypomnieć jego własnych słów.

 

sobota, 21 maja 2016

Sejmowe wystąpienie Beaty Szydło, będącej twarzą i rękami prezesa Kaczyńskiego na stanowisku premiera Rzeczpospolitej, było ewenementem w skali europejskiej po ’89. roku. Czegoś takiego jeszcze chyba w Unii Europejskiej nie było.

Oto okazuje się bowiem, że wszystkie nieszczęścia, wszystkie problemy z jakimi boryka się Polska od dwunastu lat spowodowane są działaniami Unii Europejskiej, a także polskich polityków, ślepo posłusznych woli urzędników unijnych i władz niemieckich. A przecież wiadomo, że „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”, bo „Bóg, Honor, Ojczyzna”, itd.

W swoim emocjonalnym wystąpieniu, porównywalny jedynie z równie płomiennymi wystąpieniami publicznymi Władysława Gomułki, począwszy od przemowy do ludu pracującego stolicy w październiku ’56. roku, pokazała instytucjom europejskim ich miejsce w szeregu.  „To nie polska, ma problemy z reputacją i autorytetem, ale Komisja Europejska!!!” – grzmiała rozsierdzona z mównicy sejmowej p.o. premiera Beata Szydło. To przemówienie z pewnością przejdzie do historii, ale bynajmniej nie dlatego, że prawicowi dziennikarze porównują je do słynnego przemówienia Józefa Becka w sejmie, o zagrożeniu III Rzeszy, ale właśnie ze względu na podobieństwo emocjonalnym do przemówienia Gomułki. I obcych wrogich siłach.

fot. Jacek Turczyk /PAP

Wynika ze słów Beaty Szydło, że największym wrogiem Polski jest Unia Europejska. Innymi słowy, zresztą otwartym tekstem, Szydło, rząd PiS czyli, rzecz jasna, Jarosław Kaczyński wypowiedzieli Unii wojnę. „Chcemy być w Unii Europejskiej, ale na naszych, a nie waszych warunkach”, zdaje się bardzo dobitnie mówić między wierszami Beata Szydło. Kaczyńskiemu nie wystarczy już bycie szefem Polski. On chce mieć władzę nad całą Unią Europejską, nie tylko w Polsce, ale i w Unii chciałby rządzić i dzielić. Choć wydaje się to być bardzo trudne, jeśli zważyć, że póki co za sojusznika ma jedynie Victora Orbana. Przy czym warto pamiętać, że Orban nie da się pokroić i rzucić wszystko dla stanięcia u boku Kaczyńskiego. Orban kalkuluje i doskonale wie, że często opłaca się zrobić krok w tył, aby zostać w grze.

Dziwne, że prezes „nikt” (czyli zwykły poseł) z kraju, który w Unii znalazł się ledwie 12 lat temu, rości sobie prawa do rozdawania kart w tej organizacji. Beata Szydło mówiąc: „Polska ma takie same prawa i obowiązki jak inne kraje członkowskie Unii Europejskiej”, ma na myśli oczywiście wyłącznie prawa. Obowiązki mają inni, nie Polska, ponieważ Europa jest nam to winna, z racji wyzwolenia starego kontynentu przez Polskie wojsko (najpewniej pod Monte Cassino oczywiście). Jasne jest bowiem dla PiS-u i polskich patriotów, tych rzecz jasna prawdziwych, że gdyby nie Polacy, w Europie do dzisiaj panowałby faszyzm, istniałyby obozy zagłady i Sowiecka Rosja, czyli, że Unia Europejska by nie istniała.

Jest jasne, że zadziała to na najważniejszych urzędników Unii i szefów znaczących państw członkowskich jak płachta na byka. Jak twierdza znawcy, konsekwencje nie pójdą w kierunku sankcji skierowanych przeciwko Polsce, a jedynie spowodują marginalizację naszego kraju. Ja jednak nie byłbym tego taki pewny, ale możliwe, że fachowcy wiedzą lepiej. Moim jednak zdaniem taka postawa z całą pewnością skłoni „starą Unię” do poważniejszego zajęcia się sprawą rewizji Układu z Schengen. A to by się Polsce, a szczególnie Polakom, zdecydowanie nie spodobało. Czy jednak to mogłoby schłodzić głowy zwolenników prezesa Polski i piewców „Wielkiej Polski”?

Obawiam się, że nie. Kaczyński to cwany lis i ma doskonałe wzorce. Przecież po sankcjach nałożonych na Rosję za bezprawną aneksję Krymu poparcie dla Putina nie tylko nie zmalało, ale uległo wzmocnieniu i to znaczącemu. W doskonaly sposób bowiem, (chyba uczył się tej sztuczki od Kaczyńskiego, albo prezes od niego – nieważne) odwrócił kota ogonem i oskarżył o wszystko „niedobrą Europę”. „My, Rosja wykonaliśmy tylko swój patriotyczny obowiązek! Musieliśmy bronić Rosjan, naszych rodaków, upokarzanych i poniewieranych przez władze Ukrainy”. Kaczyński zagra dokładnie tak samo: „My chcemy być tylko suwerenni! Mówić i myśleć po Polsku!” – a Niemcy i inne kraje chcą z nas zrobić niewolników i zmieść Polskę z mapy Europy”. Skutek może więc być odwrotny do tego, co nakazywałby zdrowy rozsądek, czyli zamiast potępienia, może się prezes stać bohaterem na Mierę Sobieskiego, który powstrzymał turecką nawałę, czy Piłsudskiego, sprawcę „cudu nad Wisłą”.

I tego się niestety obawiam. czyli powtórki sytuacji z Rosji sprzed paru lat aż do dzisiaj.

Pisząc o wojnie wytoczonej Unii przez PiS jestem jak najbardziej poważny i nie jest to żaden sarkazm, czy przejaskrawienie. Oto bowiem PiS uchwalił sobie uchwałę o suwerenności Polski. Paranoiczny dokument utwierdzający, nakazujący władzy rządzenie według swojego zamysłu. ZI jest w tej ustawie, na końcu taki kawałek:

 „Sejm RP wzywa rząd do przeciwstawienie się wszelkim działaniom przeciwko suwerenności państwa oraz stwierdza, że obowiązkiem rządu jest obrona interesu narodowego i ładu konstytucyjnego w Rzeczypospolitej”. To oznacz ni mniej ni więcej, tylko to, że jeśli Unia poprosi Polskę o ustępstwo w jakiejkolwiek sprawie, to rząd w myśl tej uchwały nie ma prawa dokonać jakiegokolwiek, najmniejszego choćby ustępstwa. Innymi słowy, nie ma najmniejszego sensu, w myśl tej uchwały, aby rząd brał udział w jakichkolwiek negocjacjach w jakiejkolwiek sprawie na unijnym forum. Jeśli bowiem zgodzi się na jakiekolwiek ustępstwo, będzie to działanie, wg tej uchwały, na szkodę Rzeczpospolitej.

Ciekawe więc, kiedy owa uchwała albo będzie mogła posłużyć jako środek zastępujący papier toaletowy w ubikacji, albo też stanie się powodem do odpowiedzi Unii potężnym lewym sierpowym, na prawy prosty Zbawiciela.

niedziela, 15 maja 2016

Nie o polityce, a o ubieraniu dziś mi się nasunęło. I wcale to nie jest krytyka, tylko taka obserwacja dzisiejszej codzienności, jakże odmiennej od tej, która obowiązywała jeszcze trzydzieści, czterdzieści lat temu. Ot, taki powrót do przeszłości, nostalgiczny trochę.

Obserwując ludzi idących i wracających z kościoła, szczególnie tych w „średnio-starszym” wieku i nieco starszych, z łatwością można zauważyć, że ubierają się nieco inaczej niż zazwyczaj. Garnitury, porządne wyjściowe buty, wyprasowane koszule pod krawatami i panie w nienagannych, ładnych garsonkach. Ale ci sami ludzie, po przyjściu do domu natychmiast wbijają się w dżinsy, adidasy, czy inne pumy, t-shirty okryte w taką pogodę jak dzisiaj dżinsową bluzą, „nylonową” wiatrówką lub bluzą od dresu i wychodzą na spacer, do pubu na piwo, czy po prostu do Żabki, bo zabrakło pieczywa.

Młodzi nawet do kościoła nie ubierają się w ten sposób. Urzędnicy lub menadżerowie w garniturach urzędują w pracy i kiedy nie pracują ten strój przestaje dla nich istnieć. I podobnie jak inni „zwykli pracownicy”, robotnicy, itp., garnitury ubierają wyłącznie na śluby i pogrzeby.

Dni tygodnia na ulicy kompletnie się zatarły. Ludzie są tacy sami na ulicy, bez względu na to, czy w piątek, czy w niedzielę, albo w inny wtorek. I czasem przypomina mi się, jak to było kiedyś i przyznam, że choć już jestem starym zgredem, ciągle mi to „dziś” jakoś nie pasuje. Oczywiście sam chodzę w sportowych butach i dżinsach czy to w środę, czy w niedzielę, nie wyróżniam się w tłumie strojem, choć jest pewien wyjątek. Lubię porządne koszule, choć przepadam też za t-shirtami. Często wybieram jednak koszulę i to z długim rękawem. Gdy jest ciepło podwijam rękawy, bo wydaje mi się to jakieś… „porządniejsze” mimo wszystko, poważniejsze niż t-shirt z kretyńskim, nie wiadomo co znaczącym nadrukiem – napisem lub „obrazkiem”. Ludzie chodzący w podkoszulkach, bywa, że patrzą na mnie wtedy jak na babę z brodą.

Kiedyś niedziela, oprócz obowiązkowego pójścia do kościoła miała jeszcze jedną cechę charakterystyczną: obowiązywało ubieranie się „jak w niedzielę”. Czyli wypastowane buty, wyprasowane, ze sztywnymi wykrochmalonymi kołnierzykami koszule w upały i garnitury w dni nieco chłodniejsze, często, choć nie zawsze szczególnie u młodych, krawaty. Podobnie „niedzielne” garsonki u kobiet i schludne spódnice z nieskazitelnie wypielęgnowanymi bluzkami i pantoflami. Gdyby zjawił się wówczas na ziemi jakiś kosmita, musiałby się zorientować, że to jest niedziela. Innego wyboru by nie miał.

Nawet kiedy jako dzieciaki spotykaliśmy się na podwórkach, nie biegaliśmy po piwnicach, nie siadaliśmy na gołej trawie (lub nie daj boże ziemi), bo niedzielne ubranie moglibyśmy bezpowrotnie zniszczyć. Nawet później, kiedy szliśmy całą ekipą do zwykłej pijalni piwa (że o knajpie – restauracji nie wspomnę), wyglądaliśmy inaczej niż wczoraj – w sobotę, czy trzy dni temu w czwartek.

Teraz nawet obserwując maturzystów wracających po egzaminie, ludzie postrzegają ich jak dziwolągi nie z tego świata. Zresztą, sami młodzi też, co wyraźnie widać, czują się w maturalnych ubraniach bardzo niekomfortowo. Widziałem nawet chłopaka, który idąc z egzaminu ubrany był w dres, na plecach niosą garnitur zapakowany w pokrowiec, na drugim ramieniu dźwigając placach, jak mniemam zapakowany wyjściowymi butami, zmienionymi na wygodne tenisówki.

Dziś jest święto – Zielone Świątki. I pomijając ludzi do i z kościoła, nie dostrzegłem na ulicach ani jednego człowieka, ubranego „niedzielnie”. Obowiązkowo dżinsy, adidasy, wiatrówka lub kurtka dżinsowa.

I komu to… „niedzielne ubieranie” przeszkadzało?

16:29, andy_lighter , Życie
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Tagi

liczniki

 Dodaj do Google stat4u free counters