Kategorie: Wszystkie | Osobiste | Polityka | Polska | Życie
RSS
niedziela, 05 sierpnia 2018

Jasne jest, że od polityki nie da się zupełnie uciec, ale w pewnych okolicznościach można, a nawet należy podchodzić do niej z tak dużym dystansem, jak to tylko możliwe. Bo tak trzeba.

„Szlachetne zdrowie,
 Nikt się nie dowie,
 Jako smakujesz,
 Aż się zepsujesz…”.

I choć owo „zepsucie” nie jest oczekiwaniem na wyrok śmierci, jak w przypadku raka, to mimo wszystko, jest to wybór między: funkcjonować w miarę zwyczajnie (przy czym „zwyczajnie” to bardzo znaczne wyidealizowane określenie, a tkwić zamkniętym w czterech ścianach, wegetować w domu z telewizorem, Internetem i jakąś tanią książką od czasu do czasu. Wybór był oczywisty – chcę spróbować wrócić do „normalności”.

I spróbowałem, zrobiłem pierwszy krok. Jednak w najkoszmarniejszych snach nie przypuszczałem, że ten krok okaże się zaledwie początkiem zupełnie nieznanej drogi, a cel, który miałem przed oczami zaczynając swą podróż, okazuje się fatamorganą i nie jest tuż tuż, na wyciągnięcie ręki, jak mi się dotąd zdawało.

Ledwie przedwczoraj wróciłem ze szpitala ze świadomością, że niewiele uzyskałem. Obolały, pocerowany szwami, które przyjdzie mi jechać usunąć za nieco ponad tydzień, nie bez bólu, bo są w miejscach bardzo czułych i „trudnych”, z trudem jedząc i postrzegając (patrząc), a już muszę mierzyć się z pytaniem: co dalej, i próbą odpowiedzi na nie. Jedno jest pewne – nie mogę się zatrzymać, bo to nie ma sensu, ale wszystko inne jest niewiadomą. Mam chwilami poczucie, że lepiej było nie zaczynać, ale nie da się już tego cofnąć. To trochę tak, jakby wsadzić nogę w gips i zdecydować: dobra, koniec na tym i zostać z tym gipsem na nodze do końca życia. Nie da się przecież zrobić tak, że po zagipsowaniu nogi zechcieć nie dawać tej nogi do gipsu. Trzeba więc iść dalej. Moja koleżanka z tą samą chorobą, z którą zdecydowaliśmy się wspólnie podjąć wyzwanie, w ostatniej chwili zrezygnowała, przestraszyła się i po jednodniowym pobycie w szpitalu wyjechała do domu. Tyle, ze jej jest łatwiej, choroba nie daje się jej w kość aż tak jak mnie. Być może dlatego, że jej objawy sa u niej łagodniejsze niż u mnie, a być może dlatego, że jest ode mnie dużo młodsza i „wszystko jeszcze przed nią”, bo objawy mogą się nasilać, lub w ogóle pojawiać nowe. Mam nadzieję, ze to drugie nie wchodzi w grę w jej przypadku, bo każdy przypadek Syndromu Möbiusa jest inny.

Cała trudność polega na tym, że lekarze w klinice właściwie improwizują. Z tego co wiem, nie operowali takich przypadków, aż pojawiliśmy się my, dziesięć lat temu, kiedy przeszliśmy pierwsze dwa zabiegi każde z nas. Wówczas się udało, poprawa była znacząca, tyle, że nowe okoliczności (potrzeby) oraz nasilające się, dawniej nieistotne objawy zmusiły nas (jak się okazuje – tylko mnie) do podjęcia decyzji o dalszej interwencji lekarzy. Okazało się też, że będzie mnie to trochę kosztowało, ponieważ niezbędne będzie umieszczenie w moim ciele… złota. Tak, tak, to nie pomyłka – złota i to 24-karatowego. Ale ilość niewielka i w obliczu wypłacalności (zdolności kredytowej), nie będzie to stanowić wielkiego problemu. Jeśli chodzi o same płytki, bo wykonanie, to już kwestia znalezienia dobrego rzemieślnika.

_______

Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby wylać swoje żale na ekran komputera i oczekiwać na pogłaskanie po głowie, współczucie, słowa otuchy, czy pomocy, nie, nie o to chodzi.  Piszę po to, aby pokazać jak ważna jest zmiana priorytetów w myśleniu, postrzeganiu rzeczywistości i jak ważne jest odsunięcie się od doświadczania bezproduktywnych, nieefektywnych emocji. Inaczej rzecz ujmując, jak niewarte jest, przynajmniej w moim przypadku, pałowanie się, stresowanie i nakręcanie polityką.

Nie mam zamiaru kompletnie odciąć się od tego, co dzieje się w naszym kraju i nie tylko u nas, bo przecież jeśli nie my politykę, to polityka nas dopadnie. Niemniej jednak dobrze jest nie porywać się z motyką na słońce. Na to bowiem, co dzieje się w polityce, co zrobi Piotrowicz z Kaczyńskim i inną Pawłowicz, akurat ja nie mam najmniejszego wpływu. Żadnego. Absolutnie najmniejszego nawet, bez względu na to, co myślę i jaką podejmę decyzję, jaki mam światopogląd a od jakiego się odżegnuję. I nie zmieni tego nawet fakt, że stanąłbym sobie przed sądem w geście protestu przeciw niszczeniu Sądu Najwyższego (na przykład). Bo nie stanę z powodu moich fizycznych, obiektywnych ograniczeń. Nie zamierzam oczywiście nikogo odwodzić od uczestnictwa w protestach, lub organizowania ich – przeciwnie, doskonale rozumiem, że w jedności siła i że tak trzeba. Wiem jednak, że tym powinni się zajmować ludzie zdrowi, ludzie ważni (bo tylko oni mogą przyciągnąć tłumy), mądrzy i ludzie w miarę bez skazy moralnej. Również ludzie młodzi – przede wszystkim oni, bo my już swoje zrobiliśmy, kiedy byliśmy w pełni sił i chcieliśmy lepszej przyszłości. Dziś natomiast, moja przyszłość to przeżyć (dożyć), mogąc normalnie jeść, mogąc wyjść na spacer, napić się piwa od czasu do czasu i spotkać się ze znajomymi. Inne sprawy, które mnie dotyczyły załatwi(a)łem sobie 38, 37 i 29 lat temu. Pewnie, że i dziś, oprócz „dożycia” mam inne, przyziemne potrzeby, jak choćby środki na remont mieszkania. Ale czymże one są, w obliczu potrzeb młodych ludzi, którzy nie tylko „mają na to wywalone”, to w dużej liczbie gotowi nosić Zbawiciela Polski na rękach. Nie zwykłem uszczęśliwiać nikogo, w tym wypadku młodych Polaków, na siłę.

Ktoś mógłby mnie oskarżyć o egoizm, o zajmowanie się końcem własnego nosa, itd.. I miałby trochę racji, gdyby nie moje ostatnie doświadczenia. A one zwyczajnie sprowadziły mnie na ziemię. Moje ostatnie przeżycia i ludzie, z którymi się zetknąłem sprawiły, że zaszła zmiana w polu mojego widzenia.

Ludzie, jeszcze niedawno zupełnie zdrowi, którym z zupełnie nieznanych, najczęściej niezawinionych powodów życie przewróciło się do góry nogami obarczając ich wredną, bolesną chorobą, albo czyniąc ich ofiarami wypadków, nie mogą nie wywołać refleksji, nie mogą nie zmusić do zastanowienia się nad kruchością i niesprawiedliwością życia, itp.

I wtedy przechodzi na myśl moja pasja – komentowanie polityki, emocjonowanie się niegodziwością, kłamliwością, cwaniactwem, chytrością i zwykłym złodziejstwem ludzi władzy. Jakież te wszystkie komentarze i oceny wydają się nieważne. Jakie nierealne i odległe, wręcz nierzeczywiste, jakie kosmiczne, nie z tego świata, w obliczu niesprawiedliwego losu obdarzającego zupełnie na chybił trafił ludzi cierpieniem, strachem, nadzieją i wiarą w lekarzy. Lekarzy, którzy często dokonują cudów, pomagając tym ludziom wyzdrowieć, albo umożliwiając im powrót do normalnego życia.

A że od polityki nie uciekniemy… Przy głównym wejściu do wielkiego, 13-kondygnacyjnego (plus dwie kondygnacje poniżej parteru) budynku głównego szpitala stoi baner z informacją. I jest tam napisane, że wyremontowany oddział SOR owego szpitala kosztował ponad 15 mln złotych (wybudowano m.in. lądowisko dla śmigłowców) i że ponad 11 mln złotych na tę inwestycję pochodziło z dotacji od Unii Europejskiej. I tak sobie czytam ten baner, wyszedłszy na papierosa i myślę: Ludzie! No i gdzie byśmy dziś bez tej Unii byli!?

W drodze powrotnej miałem przesiadkę w Opolu. Na mój pociąg do domu mam pół godzinki, wychodzę przed dworzec zapalić i mija mnie w przejściu podziemnym stado „kibiców”. Na moje oko jakieś 200, 250 chłopa. I dobrze ponad setka policjantów. W 38-stopniowym upale (tyle pokazywał wyświetlacz w InterCity do Opola) ubrani w czarne uniformy, ciężkie buty i hełmy z tarczami i pałkami. Dzicz z patriotycznymi hasłami wypisanymi niemieckim gotykiem na czarnych t-shirtach wyje (w przejściu), że bębenki pękają. Pytam nieśmiało jednego policjanta przed dworcem: Dokąd ci kibice…?. Nie wiem dokładnie, chyba gdzieś na Katowice, pada odpowiedź.

Odetchnąłem z ulgą.

17:49, andy_lighter , Polityka
Link Komentarze (14) »
środa, 07 grudnia 2016

Od końca zeszłego roku (2015) twierdzę, twierdziłem i miałem pewność, że idzie dyktatura.

Ale  wszyscy wokół,  (dziennikarze i „eksperci) zgonie twierdzili, że „Nie, Bez przesady,  nie można mówić, że demokracja jest zagrożona”, itp., a najbardziej uspokajające sygnały wysyłali najbardziej znani i cenienie dziennikarze: : Szułdrzyński, Wroński, Skórzyński, Stankiewicz, itd.

Potem była odwrotność „Pakietu demokratycznego”. I znów dziennikarze i „eksperci”: „Nie, Bez przesady,  nie można mówić, że demokracja jest zagrożona”. Potem była cała masa ustaw, począwszy od ziemi, po  już nie wiem jakie, i ci sami dziennikarze (we wszystkich telewizjach, radiach i gazetach): „Nie, Bez przesady,  nie można mówić, że demokracja jest zagrożona”. Powtarzają to do dzisiaj (przykład: p. Szułdrzyński w „Loża prasowa” w TVN 24).


Teraz jest ustawa o zgromadzeniach. I dziennikarze i eksperci „łamią sobie głowy” jak to będzie, co to oznacza, ale ŻADEN(!!!)  nie powie, że demokracja jest zagrożona. Przeciwnie: „Nie, Bez przesady,  nie można mówić, że demokracja jest zagrożona”.

Co musi się jeszcze stać, żebyście powiedzieli: „Demokracja jest zagrożona”? Bo ja nie wiem. Od dawna twierdzę, że mamy totalitaryzm. On nie wszedł jedną ustawą, ale od pierwszej ustawy o TK i od pierwszych decyzji Kurskiego, dla mnie to jest jasne. Nie jest nagłą rewolucją, przewrotem, ale jest konsekwentnym szybkim (z turbodoładowaniem) spychaczem, który zmiata poprzedni ustrój demokratyczny (kaleki, jak każda demokracja i jak każdą demokrację trzeba pilnować, modyfikować i karać za chciwość i oszustwa), i zamienia go w państwo „Naczelnika”.

Kompletnie nie rozumiem absolutnie zgodnego chóru dziennikarzy na temat prezesa Rzeplińskiego: „Nie powinien, się wypowiadać, bo prezes, bo polityka…”. Uważam dokładnie odwrotnie: obowiązkiem prezesa Trybunału Konstytucyjnego jest wytłumaczyć społeczeństwu, na czym polega przekręt z TK. Jeśli by nie mógł to co? To ma się zamknąć w swoim gabinecie i „się nie zgadzać”?  To ma siedzieć za biurkiem i „wyrażać sprzeciw”? No bo przecież, jak wystąpi w telewizji to „jest politykiem”. Każdy! Nawet sędzia, a tym bardziej sędzia Trybunału na prawo bronić prawa, konstytucji”. I przecież wszyscy państwo wiecie, że zamknięty w pokoju jej nie obroni. No, ale wszyscy(!!!) dziennikarze, zgodnym chórem twierdzą, że Rzepliński „Nie powinien!”, że „przekroczył…”, że „nie powinien się wypowiadać”, itp. Ludzie!!! Przecież o to chodzi JEDYNEMU SPRAWIEDLIWEMU(!!!), żeby się jakiś tam „pod nim” nie wypowiadał. Nie wiem, czy to dziennikarska głupota, czy skleroza (niektórzy są młodzi, więc może pragnienie), czy oportunizm…? Obstawiam to ostatnie, w końcu dziennikarze skaczą z redakcji do redakcji jak pchły z psa na dziecko.

Czy słyszał ktoś, żeby dziennikarz „dociskał” ważnego polityka? Bo ja widziałem raz, kiedy Skórzyński z p. Grysiak dociskali kompletnie nie wiedzącego o co chodzi Drzewieckiego w sprawie jakiegoś pisma, o którym nie miał najmniejszego pojęcia. Dociskali tak skutecznie, że Drzewiecki stracił stołek, a jego mama zeszła na zawał. Bo to było "na żywo". Absolutny sukces! Hit wtedy! To się nazywa dziennikarstwo!!!No, ale wtedy mogli, w końcu Tusk to nie to, co Pan Kaczyński i jego nie daj boże nieprzychylne spojrzenie! - tchórze!!!Do dziś ci państwo spijają piankę z tamtej konferencji, szczególnie ultrakatolicka, a wię (to oczywiste) miłosierna Brygida Grysiak. Do końca życia nie zapomnę tej konferencji i tego tańca hien nad rannym Drzewieckim, który przez większa jej część nie wiedział o czym w ogóle oni mówią, stwierdzając (na początku), że ufa swoim urzędnikom.

Ciekawy jestem, co musi się jeszcze wydarzyć, żeby panowie Szułdrzyński, Wroński, Skórzyński, nawet  pani Olejnik, o której mam zdanie…, „Ładna jest, atakuje, to co że głupia i kompletna ignorantka, to fakt, ale… zadziorna”.

Dziennikarze – to do was. Kiedyś, jeśli dożyję (bo jestem już stary) i jeśli Polska się zmieni, oskarżę was. O bierność. O ślepotę. O oportunizm, a więc współudział.

Ludzie nie wiedzą, nie znają się.  To waszym(!) psim obowiązkiem jest ludzi ostrzegać i wzywać do obrony ich praw! To waszym, psim obowiązkiem jest pokazywać, że spełnione obietnice to upadek, nędza ich i ich dzieci w przyszłości!

Ja nie mam najmniejszego narzędzia, aby na coś wpłynąć. Wy jesteście władzą (czwartą, ale mogąca zmieść trzy przed wami). Nie robicie nic, żeby uratować kraj, uświadomić Polaków. Kiedyś więc, będziecie tak samo winni, współwinni jak dzisiaj Zbawiciel Naczelnik.

TO WASZA WINA!!!

(Jeszcze jedno – nie jestem zwolennikiem PO, ani Petru, ani żadnej innej. Staram się kierować jedynie zdrowym rozsądkiem i obserwuję, więc widzę).

_____

Kiedyś bardzo chciałem być dziennikarzem, szczególnie po osiągnięciach i sukcesach jako dziennikarz obywatelski. Ale z jednej współpracy zrezygnowałem, kiedy napisałem krytyczny tekst na temat, jak się okazało (a o czym nie wiedziałem, a sprawa była oczywiście patologiczna) o jednym ze sponsorów pisma, a drudzy mnie nie przyjęli, bo „się nie określiłem politycznie”. Byłem zły, bo potrzebowałem grosza, ale z czasem, obserwując „zawodowych” dziennikarzy… mi przeszło.

Tagi: media Polska
11:00, andy_lighter , Polityka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 03 października 2016

Kobiety i mężczyźni protestują przeciw procedowaniu w sejmie nad projektem restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. W poniedziałek ów protest przybrał formę „strajku islandzkiego”. O co idzie?

Rzecz (ów projekt ustawy) dotyczy całkowitego zakazu aborcji, od chwili poczęcia. I karania, ale nie o karanie mi chodzi, bo nawet PiS się z tego wycofuje, kobiet poddających się aborcji i lekarzy ich dokonujących. Skoro nie chodzi Mi o karanie, to znaczy, że chodzi o „obronę życia od chwili poczęcia”.

Rzadko zabierałem głos w tej sprawie, na zasadzie „bo mnie to nie dotyczy”. I teoretycznie nie dotyczy mnie aborcja , ale tak samo nie dotyczy mnie kwestia sześciolatków w szkole, albo pedofilii w kościele. Zaczyna mnie dotyczyć, jeśli prawo do aborcji przełożyć na prawo do godności kobiety, prawo do ochrony życia i zdrowia kobiety (żony, matki, siostry, sąsiadki…), prawo do wolnego wyboru, czy wreszcie najważniejsze – prawa do niewtrącania się ochrony życia intymnego i prawa własności do własnego ciała.

W zasadzie nie miałam zdania na temat aborcji i właściwie uważałem, że obecny kompromis, skoro jest, niech już będzie. Dziś tak nie uważam. Ten kompromis jest zgniły – jak uważaj część protestujących i ja się z tym zgadzam. Bo jest czymś w rodzaju usankcjonowania sytuacji „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Do takiego poglądu przyczyniły się m.in. słowa zastępcy Rzecznika Praw Obywatelskich, zwracającego uwagę na absurd ochrony życia od poczęcia i śmierci człowieka.

Otóż śmierć pnia mózgu, czyli zaprzestanie pracy neuronów w mózgu. Wtedy kończy się życie człowieka. Organy mogą „żyć” (serce bije, płuca pracują, tak jak wątroba, itp.) przez jakiś czas, sztucznie podtrzymywane, ale życie człowieka jako człowieka już nie istnieje. Istnieje serce, wątroba…, ale „człowiek” już nie, bo „nie ma mózgu”. W identycznej sytuacji, czyli w sytuacji kiedy istnieje życie (tak jak wątroba u wentylowanego  trupa), ale nie ma mózgu, obrońcy życia jak niepodległości bronią statusu tej  formy życia (nawet dwóch komórek) jako życie człowieka. Jest tu więc pewna forma schizofrenii – z jednej strony „nieobecność mózgu” oznacza śmierć, z drugiej, życie człowieka.

I wracając do „ciastka”, czyli do obecnego, tak bronionego przez Platformę Obywatelską kompromisu, brzmi on mniej więcej tak: „Nie wolno zabijać dziecka od poczęcia, ale czasami wolno zabijać”. No to ja się pytam, jak to właściwie jest? „Nie wolno zamordować dziecka bez mózgu, które urodzi Chazan, bo za późno podjęto decyzję o zamordowaniu, ale wolno zamordować zdrowe dziecko, bo powstało w wyniku gwałtu”. Totalna niekonsekwencja, totalny brak logiki, totalna ZGNILIZNA MORALNA.

I to jest dowód na to, że obecny kompromis jest po prostu głupi i nie powinien mieć racji bytu. Jest moralnym oszustwem, bo z moralnością, nie ma kompletnie nic wspólnego. Śmieszy mnie, kiedy umiarkowani (rozsądni) katolicy uważają ten kompromis za dobry, bo i wilk syty i owca cała. Bo dla mnie to zwykłe oszustwo.

Takim samym oszustwem jest konieczność mrożenia (w nieskończoność) zarodków z procedury in vitro. Nie wiem dlaczego nikt, przy okazji sporu o aborcję (sprowadzającego się w części do sporu „od kiedy życie płodu jest człowiekiem”), o tym nie wspomina. A właściwie wiem – po to, aby nie drażnić lwa. koszty mrożenia dwóch zapłodnionych komórek jajowych są ogromne, a efektem tego kretynizmu prędzej, czy później będzie albo wyrzucenie ich do kanalizacji w nieokreślonej przyszłości, albo…  nie wiem, załadowanie potężnego kontenerowca pojemnikami z zamrożonymi zarodkami i… No właśnie, i co? I pływanie statków-widm, albo zatapianie ich, składowanie gdzieś tam przewożonych pojemników, czy co tam kto sobie wymyśli.

To jest najzwyczajniej w świecie chore.

Obrońcy życia od poczęcia oczywiście umieścili w swoim projekcie nakaz działań osłonowych, konieczność zapewnienia opieki nad dzieckiem i matką, po urodzeniu chorego dziecka. Tyle tylko, że przepisy sobie, a życie sobie. Koszty, ale i organizacja takiej opieki byłyby trudne do wyobrażenia i praktycznie nie ma możliwości udźwignięcia tego problemu. Nie tylko finansowego, ale i organizacyjnego. Pomijając już fakt, że kobiety zmusza się do heroizmu, przynajmniej moralnie, jak ci obrońcy sobie to wyobrażają?

Dziecko musiałoby mieć całodzienną opiekę specjalistyczną (pielęgniarki, lekarze w domu?), hospicja, miejsca w szpitalach specjalistycznych. Musiałyby mieć darmowe, lub tanie, bardzo drogie dziś leki. Szeroki dostęp (darmowy lub prawie darmowy) do wszelkiego rodzaju instrumentów ułatwiających życie dziecku (windy, podjazdy, łóżka, środki higieny…, można wymieniać w nieskończoność), itd., itd., itd. Byłoby to nie do spełnienia, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dzieci niezdolnych do jakiejkolwiek samodzielnej egzystencji (a potem dorosłych ludzi), znacząco by przybywało wskutek zakazu aborcji. Co za tym idzie, znacząco ubywałoby bohaterskich kobiet (opiekunek) mogących pracować, opiekować się pozostałymi dziećmi w rodzinie, itd. Brak chociażby jednego z tych (i innych, niewymienionych) elementów, to zmuszanie kobiety do bohaterstwa, ograniczenie lub pozbawienie ich praw do samostanowienia.

Obrońcy życia nieprawdopodobnie manipulują opinią publiczną, sprowadzając „prawo do aborcji” do kaprysów wyzwolonych feministek. i Społeczeństwo to kupuje. Z łatwością manipulacja np. Ordo Iuris trafia na podatny grunt, ponieważ organizacja ta znakomicie manipuluje emocjami. Świadectwa kobiet zaś, których życie zamieniło się w piekło na skutek odmowy aborcji, albo ich opowieści o koszmarze związanym z walką o prawo do aborcji np. płodu bez mózgu, uznawane są za zmyślone na użytek lewackiego bezbożnictwa, lub jako objaw braku empatii dla życia człowieka.


Tymczasem prawda jest taka, że kobiet dokonujących aborcji „bo tak im się podoba”, jest zapewne ułamek promila, spośród wszystkich, które aborcji się poddają. Bo to jest zawsze (prawie zawsze) decyzja podejmowana z powodów najtrudniejszych dla tych kobiet, dla ich rodzin i dla ich dalszego (jeśli w ogóle) życia.

Kompletnym nieporozumieniem jest, moim zdaniem, kreowanie się na czarnym proteście partii politycznych (analogicznie jak kreowanie się ich na marszach KOD-u). Panie posłanki, mimo szczerych chęci, ów protest odwiarygadniają.

Jak bowiem nazwać wystąpienie Joanny Muchy z PO (którą bardzo lubię), opowiadającej się za „niezabijaniem, ale czasem zabijaniem”, która to dla tych urodzonych nie zrobiła nic – przypominają mi się protesty kobiet opiekujących się dziećmi w sejmie i dorosłych pod sejmem)?
Jak nazwać wystąpienie wicemarszałkini sejmu, namawiającej zebranych do skandowania „Precz z dyktaturą kobiet”? Tłumaczono, że to lapsus językowy – to bzdura, żaden tam lapsus, a parcie na szkło, podparte kompletnym nieprzygotowaniem. Gdyby to był lapsus, ktoś zwróciłby jej na to uwagę, tymczasem organizatorzy, niczym bezmyślne papugi moderowali skandowanie „”Precz z dyktaturą kobiet”. Jak można pomylić dyktaturę kobiet z dyktaturą wobec kobiet, albo z dyskryminacją kobiet? To tak jakby pomylić mercedesa z rowerem typu składak. Prawicowe media natychmiast podchwyciły temat i miały niezły ubaw, czemu się zresztą nie dziwię. Czy przypadkiem my nie śmiejemy się do dziś z kaczyńskiego „Nikt nam nie wmówi, że białe jest białe…”?

Skąd się wziął w ogóle ten temat? Dla mnie to jasne jak budowa cepa. Kościół Katolicki. Polska jest ostatnim w Europie okopem, w którym Kościół Katolicki broni swojego dotychczasowego status quo. Czyli ostatnim miejscem, w którym ma wpływ na sprawowanie władzy i nieskrępowany dostęp do finansowych roszczeń na swoją korzyść. Jeśli nie obroni w Polsce swoich wpływów, to przestanie mieć rację bytu (czyli władzę) w Europie. A od tego już tylko krok, zresztą konsekwentnie konieczny, do pozbawienia go, poprzez nacjonalizację lub reprywatyzację świecką ich stanu posiadania.

Jeśli Kościół straciłby wpływ na władzę, wskutek liberalizacji aborcji (a potem na zasadzie kuli śnieżnej…), PiS straciłby przygniatającą część swojej światopoglądowej, propagandowej mocy, czyli fundamentu swojego istnienia.

Liberalizacja prawa do aborcji, to kwestia czasu. Tak jak kwestią czasu było to, że ziemia jest okrągła i że krąży wokół słońca.

czwartek, 08 września 2016

Zamiatanie jest bardzo ważną częścią powyborczej batalii.

Wszystkie maistreamowe media w tym kraju oburzały się, całkiem słusznie, na wymiatanie do spodu wszystkiego, co zostało po rządach PO/PSL i obsadzanie wymiecionej pustki swoimi śmieciami. „No jak tak można?”, „No  przecież to jest niedopuszczalne!”, „Tak nie można!”, „Konkursy!”, itd., itp.

A potem przyszła afera reprywatyzacyjna w Warszawie. I są do Hanny Gronkiewicz-Waltz dwa zarzuty – pierwszy to taki, że jest umoczona w aferze, czyli, że jest skorumpowana. Ale dowodów nie ma, więc jest drugi, bardziej „oczywisty” zarzut: „Przyszła baba na stołek i zostawiła starych urzędników! Zabić! Zniszczyć! Bo obowiązkiem było pozamiatać i powsadzać swoich! Jak można było zostawić ludzi poprzedniej ekipy!???”.

Podobnie jest z urzędnikiem Antoniego Macierewicza, co to medal dostał i na dodatek jest w radzie nadzorczej jakiejś tam. I reporter w telewizji nie zostawia suchej nitki na „wymienianiu” jak leci fachowców poprzedników, na „swoich przydupasów”. I za kilkanaście sekund inny reporter w tej samej telewizji toczy Pjanę” Jak to możliwe, że HGW nie wymieniła poprzedniego fachowca na swojego przydupasa”.

No to jak to w końcu jest z tym zamiataniem?. Trzeba zamiatać, czy zamiatanie oznacza „Teraz Kurwa My?”. Bo przyznam, że już sam nie wiem.

I kiedy wpadł mi do głowy ten temat, przypomniało mi się wszystko, od roku ’80. I dylemat „zamiatać, czy nie zamiatać”. Byłem absolutnie przeciw, bo byliśmy ludźmi, którzy się wzajemnie szanowali w pracy, lubili, znosili swoje „ochy i achy”, a nawet zwykłe „słabości” (czyt.: grzechy i grzeszki). A ktoś, coś, czyli Solidarność próbowała postawić między nami mur.

Nie godziłem się na to i… Ale to już osobny temat. Napisałbym o tym, ale kto by tam chciał się zajmować zwierzeniami „niegrzecznego nibydziałacza”. (Nibydziałaczem zostałem już na pierwszym zebraniu założycielskim związku, który sam stworzyłem). Ale… Dziś mój kolega, który później został prezesem spółki, spotkany na schodach w moim własnym bloku, czuł zakłopotanie kiedy odezwałem się „Cześć Andrzeju” (bo to mój imiennik jest). Gdybym kiedyś odezwał się do niego „Proszę pana”, dostałbym w mordę, a dziś…, był zakłopotany. Kiedy spotykam człowieka, który był szefem, prezesem firmy, w której pracowałem, i który zwolnił mnie z tej firmy (zresztą, miała rację), a spotykam go codziennie, bo pije piwo w pubie pod moim blokiem, nie usłyszę innego hasła niż „Dzień dobry kolego Andrzeju”.  I wiem akurat, że ten facet nie żartuje, bo nikt go tyle nie nawkurwiał, co ja, ale też nikt nie był tak w stosunku do niego, do firmy i do pracy, bardziej lojalny, tak dyspozycyjny i tak oddany, jak ja. Taka trochę schizofrenia, ale… sądzę, że warto było.

Korci mnie, żeby to wszystko opowiedzieć.

Więc jak z tym zamiataniem? Dobrze jest wymieść i swoje śmieci nawrzucać, czy niedobrze, jeśli daj panie boże (Uuuu! Znów kasa się kroi ze zwiększonego nakładu!), wybuchnie afera?


Tagi: władza
13:34, andy_lighter , Polityka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 września 2016

1. września mija 77. rocznica wybuchu II wojny światowej. 10. kwietnia minie 77. miesięcznica „zamachu smoleńskiego, w którym „polegli” prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką i Ryszard Kaczorowski, prezydent RP na uchodźstwie.

Nie mogę pojąć, jak bezmyślnie wyborcy PiS ulegli manipulacji potrzeby upamiętniania ofiar zamachu każdego 10. dnia miesiąca i nie wpadli na to, że jest to tylko i wyłącznie zabieg politycznej hucpy. Ludzie Jarosława Zbawcy, albo on sam w pierwszym miesiącu po katastrofie wpadli na genialny pomysł organizowania politycznych, ideologicznych, wrogich wobec legalnie wybranej władzy wieców partyjnych. Bez dodatkowych kosztów, bez dodatkowej organizacji, bo wystarczyło hasło „miesięcznica zamachu smoleńskiego”.

Wiece partyjne można oczywiście organizować nawet co tydzień. No ale jakby tu nadążyć z wymyślaniem coraz to nowych przemówień, przesłań, programów, itd., skoro wiadomo, że na takie comiesięczne partyjne klepanki, za 3. razem nikt nie przyjdzie. Jak organizować egzorcyzmy i partyjne msze święte, nie narażając Kościoła na oskarżenia o partyjność? No nie da się.

Dlatego miesięcznice „z okazji,  okazały się genialnym pomysłem dla utrwalania pisowskiej, powtarzanej co miesiąc mantry dyskredytującej władzę, i oskarżającej rządzących o najgorsze zbrodnie zupełnie bezkarnie. Bo przecież oni tylko oddają hołd poległym, a raczej poległemu prezydentowi i 95. ofiarom zamachu. Bo przecież odprawiane msze i egzorcyzmy są jedynie przy okazji oddawania hołdu prezydentowi i 95. ofiarom zamachu. Bo przecież mogą sobie pooskarżać władze o usuwanie zniczy z miejsca pamięci, ponieważ oddawanie hołdu poległym jest znacznie ważniejsze niż drożność Krakowskiego Przedmieścia nazajutrz. Bo mogą zupełnie bezkarnie lżyć kogo tylko zechcą, tradycja bowiem pozwala, aby pogrążonym w żałobie można było więcej.

Od grudnia zeszłego roku zaś, miesięcznice stanowią doskonałą okazję do okazywania przez zwolenników poparcia dla obecnej władzy. Ten, kto wymyśli miesięcznice smoleńskie powinien dostać dożywotnio należny fotel senatora lub posła.

Nie mogę się nadziwić rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej, tak bardzo uwielbiających prezesa Zbawiciela Kaczyńskiego, że są tylko i wyłącznie pacynkami, orszakiem robiącym za tłumek wokół osoby Zbawiciela – cóż bowiem wart jest „Król” bez orszaku dworzan? Których zmarli mężowie, ojcowie i żony są jedynie pustą liczbą „95”, obok głównego „eksponatu” przedstawienia Jarosława Kaczyńskiego – jego brata, prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Są tłem, niczym, elementami drugoplanowej scenografii, liczbą.

Niektórym rodzinom się to jednak opłaca, że wspomnę panie Gosiewskie, Wassermann, Błasik, panów Melaka i Świata, itd. Oni godzą się być rodzinami liczby „95”, bo oni czerpią z tego korzyści. Finansowe korzyści. I mogą bezkarnie prowadzić prywatną wendettę, do końca swoich dni. Więc wykorzystywanie ich bliskich jako liczby, zeszło na drugi plan.

„77”. To jest liczba. Nawet wybuchu wojny tyle razy nie obchodzono, ile obchodów było tragicznej śmierci brata Zbawiciela! Bo przecież wybuch wojny upamiętniono aż 6 razy mniej – dopiero po jej zakończeniu. To jest liczba. W całej historii Polski, żadnego innego wydarzenia nie obchodzono tak uroczyście tak wiele razy. Jak więc ktoś może kwestionować znaczenie owego zamachu? Jak więc ktoś może kwestionować wielkość Lecha Kaczyńskiego? Przecież gdyby nie był wielki, nie uczczono by go tyle razy. Nie oddano by mu tyle razy hołdu. Jak można nie odczytywać apelu poległych pod Smoleńskiej, skoro naród czcić będzie ich pamięć już po raz 77.? Jak może nie powstać mit Lecha Kaczyńskiego, skoro naród po raz 77. będzie oddawał mu hołd na Krakowskim Przedmieściu? Jak można nie darzyć uwielbieniem Zbawiciela Jarosława, który ten mit zbudował, pielęgnuje go i nie pozwoli o nim zapomnieć?

Nie ma w kulturze żadnego narodu, żadnego wyznania i światopoglądu zjawiska takiego jak miesięcznica. W religii katolickiej jest jedna – miesiąc po pogrzebie zmarłego uprząta się kwiaty i wieńce z miejsca pochówku, umieszczonych tam w dniu pogrzebu. Inne miesięcznice nie istnieją. Nigdzie. Już samo to powinno było dać Kościołowi Katolickiemu w Polsce powody do zastanowienia, czy brać w tym politycznym cyrku udział. Niestety Kościół brał, bezrefleksyjnie. Chociaż nawet narodziny i śmierć Jezusa – Władcy świata i wszystkich ludzi, upamiętnia się raz w roku. Czyżby Kościół nieświadomie Lecha Kaczyńskiego stawiał ponad Jezusem Chrystusem? Logika by na to wskazywała.

W powstaniu warszawskim zginęło 200 tys. ludzi. W zamachach terrorystycznych 11. września 2001. w Stanach Zjednoczonych zginęły 2973 osoby. Nikomu do głowy nie przyszło upamiętnianie tych tragedii częściej, niż raz w roku. Podobnie jak upamiętnianie 130 ofiar zamachu terrorystycznego w moskiewskim teatrze Na Dubrowce, zamachów w metrze madryckim, gdzie zginęły 202 osoby i było 1900!!! rannych. I podobnie jak zamachu na szkołę w Biesłanie (akurat dzisiaj jest 12.rocznica), w którym zginęło ponad 380 osób, w tym 156 dzieci!!! i wielu, wielu innych zamachów, katastrof komunikacyjnych i żywiołowych.

I już choćby ze względu na tamte ofiary, o wiele bardziej tragicznych w skutkach zdarzeń, ciśnie się na usta: „Ludzie! Nie wypada! PO PROSTU, PO LUDZKU, NIE WYPADA!!!”. Tym bardziej, że nie był to ani zamach, ani kataklizm tsunami, tylko tragiczny wypadek lotniczy. W dodatku spowodowany brawurą i brakiem odpowiedzialności za innych.

I tak sobie myślę..., nawet gdyby Lech Kaczyński był święty, to widząc to, co wyprawia jego brat ze swoją bandą podpierając się jego wielkością i „poległością za Polskę”, dobry Bóg strąciłby go w otchłanie piekielne ze złości i z uwagi na tysiące, nawet miliony ofiar wielu jakże bardziej tragicznych zamachów i katastrof.

środa, 31 sierpnia 2016

„Z tym Wehrmachtem to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi” – miał powiedzieć Jacek Kurski w październiku 2005. roku, tuż przed wyborami. I kupił. I teraz też kupuje podobne kłamstwa i wymysły. Najgorsze jednak jest to, że najprawdopodobniej będzie te niedorzeczności kupował dalej.

Może się to wydawać dziwne i nieprawdopodobne, ja jednak uważam, że tak właśnie będzie. Powodów jest co najmniej kilka.

Taki scenariusz przecież, a więc łykanie przez większość społeczeństwa kłamstw, demagogii, populizmu, nacjonalizmu i rządów silnej ręki już się sprawdza w kilku krajach. Ot, choćby w Rosji, Na Białorusi i na Węgrzech, czy w Turcji. Taki scenariusz może się ziścić w USA, czy we Francji. I jeśli nawet w tych dwóch ostatnich krajach owa opcja polityczna przegra, to z pewnością nie będzie to przegrana spektakularna – miażdżąca, ale minimalna, bardzo niewielka.

Jarosław Kaczyński idzie taką samą drogą, jaką po władzę szedł przed laty Władimir Putin. Oczywiście Zbawiciel w żaden sposób nie chce się na Putinie wzorować, ale tak właśnie robi. Powołuje się na przykład Viktora Orbana, tyle, że Orban właśnie poszedł drogą Putina. Orban tego Kaczyńskiemu nie powie, a Kaczyński albo o tym nie wie, albo wie i udaje, że nie wie.

Tak więc i w Rosji i na Węgrzech i w Turcji i w Białorusi mamy quasi demokrację i jednocześnie monopol jednej partii i jednego wodza na kształtowanie całego życia polityczno-społecznego w tych krajach. I nawet nie trzeba tam fałszować wyborów, bo suwerenowi się taka władza podoba. Władza pokazująca wyższość, ważniejszość ich narodu, ich kraju nad innymi. I przecież owe narody doskonale wiedzą, że ich demokracja jest tak naprawdę „nibydemokracją”, a przywódcy ich krajów to dyktatorzy w różnym stopniu zaawansowania dyktatorzy. I nie inaczej jest w Polsce, choć u nas „nibydemokracja” dopiero powstaje”. I powstanie, bo część narodu tego chce. To co, że mniejszość, ale mniejszość bardziej zdyscyplinowana w wyborach niż większość zwolenników demokracji, mniejszość znacznie głośniejsza i skuteczniejsza od prodemokratycznej większości. Nawet część „demokratów” w Polsce, ta która nie wie tak naprawdę czego chce (poza kilkoma kwestiami – czyli Kukiz’15), w czambuł popiera prodyktatorskie działania Kaczyńskiego i jego partii.

Ludzie nie mają pojęcia, że ręczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości, które obecnie tak się im podoba, tak naprawdę jest gwoździem do trumny demokracji. Ale że do tego doszło, nieocenione zasługi położyły rządy PO/PSL. Z prostego powodu – po zniewoleniu wielu prokuratur, prokuratorów, sędziów przez Ziobrę w latach 2005 – 2007, następna władza nie zrobiła nic, aby ową sytuację uzdrowić, przywrócić do normalności. PiS nadal pozostawało silne, Kaczyński wciąż się odgrażał nowej władzy, a pisowsy prawnicy bez najmniejszych przeszkód robili swoją robotę, czyli kontynuowali „program ideologiczny” PiS w wymiarze sprawiedliwości. Nie do pomyślenia było niezrobienie porządku w wymiarze sprawiedliwości przed oddaniem prokuratury Andrzejowi Seremetowi. Porządku, czyli zlustrowaniu działalności niezgodnej z zasadami niezależności i niezawisłości, pisowskich funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości. I po zlustrowaniu, odpowiedniego zweryfikowania. Dziś, w związku z tym zaniechaniem, Ziobro nie musi budować ręcznego sterowania zupełnie od nowa – powrócił na, w dość dużej mierze swoje, stare śmieci. Podobnie zresztą było z wojskiem – pamiętam doskonale niechęć najwyższej kadry oficerskiej wobec ministra Bogdana Klicha. Ta kadra wolała być bliżej Lecha Kaczyńskiego. Dlaczego? To proste, olewając wojsko, bezpieczeństwo Polski i tak mieli łatwiejsze awanse i zaszczyty. O tym, że olewali świadczą choćby dwie katastrofy – z Mirosławca i Smoleńska. Gdyby owi oficerowie pochylali się z troską nad tym do czego byli powołani, nie doszłoby do tragedii w Mirosławcu, a w katastrofie smoleńskiej nie zginęłoby całe dowództwo wojskowe Rzeczpospolitej. I władze PO/PSL, podobnie jak z sądami, nic z tym nie robiły. I nie robiły w służbach specjalnych, gdzie np. Mariusz Kamiński przez cały czas miał swoich oddanych ludzi. Kapusiów zresztą, którzy donosili mu o wszystkim, co się w CBA działo.

PiS, Kaczyński przez całe rządy PO/PSL był kompletnie bezkarny, mógł mówić wszystko, co tylko zapragnął, a po katastrofie smoleńskiej jeszcze więcej. Mógł wygrażać, mógł kłamać, mógł obrażać i upokarzać, mógł wszystko. Brak jakiejkolwiek reakcji sprawiało, że owo wszystko oznaczało wszystko w sensie dosłownym. I nigdy nie ruszała go policja, prokuratura, sądy. I wyłącznie słowa politycznych przeciwników PiS były reakcją na „wszystko” Kaczyńskiego. I nawet owe słowa – reakcja na „wszystko” odbierane było przez media, jako „wzajemne okładanie się PO i PiS”. To niewątpliwy, potężny wkład mediów w obecnie kształtująca się w Polsce quasi demokrację.

Jest da mnie absolutnie oczywiste, że wielkość i pierwszoplanową pozycję Jarosława Kaczyńskiego wykreowały media i nie mam tu na myśli mediów pisowskich (chciałem napisać „propisowskich”, ale takie nazewnictwo mediów uznaję za owijanie w bawełnę). Wystarczy porównać wywiady. Otóż w wywiadach np. z premierem Donaldem Tuskiem, Ewą Kopacz, czy nawet Bronisławem Komorowskim dziennikarze się specjalnie nie cackali – dociskali, przerywali, jak każdemu szeregowemu członkowi partii, dopytywali, itd. Wywiady z Kaczyńskim, choć prawie ich nie było, były traktowane przez samych dziennikarzy jak ekskluzywne audiencje u jakiegoś nadczłowieka, nadkróla. Przerwanie łaskawcy byłoby… niewybaczalnym nietaktem. nie do pomyślenia. Podobnie jak trudne pytania, a raczej dopytywania po wymijającej, lub pustej odpowiedzi. Jestem przekonany, że gdyby Kaczyński, w ostatnich kilku latach zgodził się na wywiad w jakiejś mainstreamowej („polskojęzycznej”) stacji telewizyjnej pod warunkiem, że dziennikarz będzie klęczał – dostałby zgodę! Może przesadzam, ale nawet jeśli, to niedaleko odbiegam od prawdy, z jakim namaszczeniem, powagą i poczuciem ważności i znaczenia politycznego, traktowany jest przez media poseł Jarosław Kaczyński. Przez te same media, które utyskują nad jego ciągotami autokratycznymi, które wytykają jego kłamstwa i krytykują jego działania. jakaś medialna schizofrenia – choroba, która w ogromnym stopniu przyczyniła się do tego, jaka dziś jest Polska.

Ciemny lud to kupował, kupuje i będzie kupował. Tak samo jak w Rosji, Białorusi, na Węgrzech i w Turcji. I podobnie jak u nich, poparcie dla rządzących nie tylko nie spada, ale ciągle wzrasta i się umacnia (Orban ma trochę kłopotów, ale całkiem możliwe, że sobie z nimi poradzi). Nie ma się więc co dziwić, że tak dla PiS, jak dla Dudy poparcie wciąż jest silne, a nawet rośnie.

I nie pomogą żadne KOD-y, Wałęsy, nawet rosnący dług publiczny. I nie pomoże wałcząca ze sobą opozycja. I nie pomogą ślamazarne, pozorne działania Unii Europejskiej. I nie pomogą jawne kłamstwa Andrzeja Dudy, rozmyślnie i celowo pogłębiającego podział Polaków. Ani nie pomogą niezbyt dobre wyniki ekonomiczne rządu „premier” Szydło. Ratunek może przyjść tylko z zewnątrz, niezależnie od nas.

Uważam, że ratunek, czyli odsunięcie PiS-u od władzy może się ziścić, albo przez wypalenie się władzy – brak nowych inicjatyw prospołecznych na skutek braków finansowych, albo, co bardziej prawdopodobne, przez głobalny kryzys gospodarczy (ekonomiczny), który jest coraz bardziej prawdopodobny (od jakiegoś czasu dzieją się wzmożone ruchy spekulacyjne na zachodzie, a to może zwiastować rychłe pęknięcie bańki i w konsekwencji kryzys). Ale nie liczyłbym na to, żeby nawet w takiej sytuacji Jarosław Kaczyński stracił rezon. Pamiętajmy, że po wprowadzeniu sankcji na Rosję, określona retoryka Kremla nie tylko nie osłabiła, ale wręcz wzmocniła notowania Putina w Rosji. Polskie społeczeństwo jest jednak bardzo chciwe, a zniechęcona do Polski Unia może sprawić, że utrudnione np. wyjazdy na zachód za pracą, przymusowe powroty, np. z UK, wzrost bezrobocia w kryzysie może ostudzić miłość suwerena do PiS-u.

Swoją drogą…, trzeba było dopiero afery reprywatyzacyjnej, żeby PO dostrzegło pożyteczność argumentu pt. „Mieliśmy kryzys”, przy okazji braku uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej. Przez obydwie kampanie wyborcze na temat kryzysu milczeli jak zaklęci, choć była to wymarzona wręcz linia obrony na ataki typu: „Nie dali!”, „Nie kupili”, „Nie sfinansowali”, „Nie podwyższyli”, itp.

Nie napisałem niczego o zasługach kościoła dla PiS-u, ale te są oczywiste. Kościół jednak może się przestraszyć faszyzujących narodowców i spowodować otrzeźwienie. Bo, że nacjonaliści się zradykalizują, to pewne – już widać tego symptomy aż nadto.

Co więc nam pozostało? Czekać na odpowiedni moment i dopiero wtedy ruszyć z KOD-ami, Wałęsami, itp. Teraz może to spowodować jedynie wzmożenie agresji PiS-u i skrajnej prawicy – w zasadzie rozwiązanie niezłe, aby PiS i prawica same się zaorały, ale szkoda krwi, ludzi i powtórki z historii. Co nie oznacza, że nie powinniśmy podnosić dumnie głów i żądać normalności. PiS, narodowcy musza czuć nasz oddech – będą popełniali błędy. Im ich więcej, tym bardziej przydadzą się w przyszłości – ku przestrodze dla nich i potencjalnych naśladowców.

Cierpliwość, choć to bardzo trudne, paradoksalnie jest naszym sprzymierzeńcem. Bo nie chodzi o to, żeby wygrać z PiS o 2, 4, albo 7%, ale o to, żeby je na dobre zaorać.


 

piątek, 26 sierpnia 2016

No to mamy kolejną aferę. Tym razem aferę reprywatyzacyjną w Warszawie. Jednak równie ciekawe jak sama złodziejska reprywatyzacja, ciekawa jest rola mediów w tej sprawie. Rola (kolejny już raz) łowców głów.

Jako że złodziejska reprywatyzacja to któraś już z kolei „afera” odkryta i kreowana przez media, chcę wrócić do poprzednich (paru) i roli jaką odgrywały w nich media. Raczej nie roli w aferach, ale wpływu mediów na życie polityczne w kraju z okazji tych afer. Będę więc musiał wracać pamięcią do przeszłości, opisywanej tu przeze mnie od lat.

Znów przychodzi mi stanąć w obronie Platformy, choć mi to wcale nie na rękę, bo ta partia, szczególnie po ogłoszeniu przez Schetynę skrętu na drogę konserwatyzmu stała się dla mnie kompletnie niestrawna. Ale nie jest ważne kogo bronię, a czego. Zawsze staram się kierować zdrowym rozsądkiem i zwracać uwagę na merytoryczność, rzetelność postawy polityków i mediów. A te pozostawiają gigantycznie dużo do życzenia.

W całej sprawie złodziejskiej reprywatyzacji, media, w tym te mainstreamowi, polują na głowę Hanny Gronkiewicz-Waltz. Z racji odpowiedzialności politycznej. I nawet PiS nie jest póki co tak radykalny w żądaniu głowy prezydent Warszawy, jak dziennikarze. Myślałem, że padnę, kiedy usłyszałem dziennikarza TVN 24, któremu bardzo nie podoba się pomysł zbadania przez komisję Rady Miasta, reprywatyzacji od roku ’90. Dlaczego? Ano dlatego, że takie badanie, to będzie trwało do końca kadencji, albo dłużej. Gdyby zbadać reprywatyzację ostatnich lat, najlepiej z czasów rządów HGW, nooo, to by było szybko, poleciałyby głowy, być moze (a nawet przede wszystkim) samej pani prezydent. I nie jest ważne (dla mediów oczywiście), jakie miałoby to konsekwencje dla miasta – bo jest jasne, że władzę PiS. Wręcz przeciwnie, w myśl zasady „show must go on”, działoby się. Oglądalnośc by wzrosła – na bank, nakład tej, czy innej gazety też, a przecież o to w tym chodzi. Nie o rzetelność, nie o dobro mieszkańców (Warszawiacy, macie prawo zacząć poważnie się bać – czynsze przejmowanych na mocy nowej, małej ustawy reprywatyzacyjnej pójdą drastycznie w górę, bo to norma), ale o show i zyski mediów.

Gdyby chodziło o rzetelność, dziennikarze śledczy GW dotarli by do ministerstwa finansów i jego uchybień, zbadaliby, albo pochylili się nad rolą sędziów sądów w tej aferze, itp. Tymczasem sprawa skupiła się na warszawskim ratuszu. Słusznie, że zainteresowano się ratuszem, ale… po zbiorowym gwałcie nie wystarczy pochwalić się złapaniem sprawcy. Jednego i obtrąbienie sukcesu: „My wyjaśniliśmy sprawę zbiorowego gwałtu!”. 

Ale szlaki ujawniania przez media afer i „afer” zostały przetarte już dawno, tak samo jak powiązane z nim łowy na głowy polityków. Było tego całkiem sporo i tu pora obejrzeć się wstecz.

W 1998. podczas zadymy kibiców koszykarskiej drużyny Czarni Słupsk, policjant miał zabić uderzeniami pałką uciekającego przed nim 13-latka. Eskalująca zamieszki lokalna stacja radiowa, podała do publicznej wiadomości nazwisko i adres zamieszkania owego policjanta mimo, iż sprawa nie była (i moim zdaniem nie jest do dziś) jednoznaczna. Policjant został skazany na 8 lat więzienia, jego życie i życie jego rodziny legło w gruzach. Po wyjściu z więzienia ten człowiek był wrakiem. Moim zdaniem był to klasyczny przykład kozła ofiarnego, a głównym powodem jego skazania było wyczyszczenie opinii o policji. Wszystkie krajowe media były „najedzone”, a z tego co wiem, lokalnym dziennikarzom radiowym chyba nie spadł włos z głowy (a nawet jeśli, to bardzo niezauważalnie). Żeby było ciekawiej, media (w tym przypadku TVN 24, które szeroko relacjonowały, śledziły sprawę zabójstwa 13-latka i nie użalały się nad losem policjanta), zrobiło kilka reportaży z udziałem tego policjanta, w tym jeden z jego pobytu w celi z innymi zabójcami i inny, z jego „życia” po wyjściu na wolność. Obydwa niezwykle przejmujące. Tym razem bardzo się dziennikarze martwili jego losem i okrutnością tego, co jego i jego rodzinę spotkało.

Zbigniew Ćwiąkalski, minister sprawiedliwości podał się do dymisji w związku z samobójstwem więźnia i zamordowaniem innego więźnia. Obydwaj więźniowie byli aresztowani w związku z głośną sprawą zabójstwa Krzysztofa Olewnika, niewyjaśnionego do dziś. Taajemnia poliszynela jest fakt, że Ćwiąkalski nie miał wyboru i premier Tusk odwołał go pod naciskiem opozycji i mediów. Wg nich takie ucieczki podejrzanych w sprawie wymagały głowy ministra. Mówiło się o tym ( i żądało) przez 24 godziny na dobę aż do skutku. Donald Tusk nie chciał zadzierać z mediami i często spełnial ich zachcianki, szczególnie kadrowe. Żeby było ciekawiej (znów), dziś media bardzo chętnie zapraszają Ćwiąkalskiego jako eksperta prawnego  przy różnych okazjach i słuchają jego opinii jak prawd objawionych. Choć w styczniu 2009. nie było im z ministrem po drodze. 

Afera hazardowa to kolejne złote jajo, po które łapczywie sięgnęły media.Opozycja, a za nią media bezpardonowo domagały się głów trzech bohaterów „afery”. I te głowy szybko dostały.
Zbigniew Chlebowski, przewodniczący sejmowej komisji finansów, wskutek nacisków opozycji i zmasowanych ataków i żądań mediów. Jego kariera polityczna, mimo wielu zasług i kapitalnej pracy został odwołany z tej funkcji, zawieszony, a potem wykluczony z partii PO. Skutkiem domniemanej afery było wykluczenie go z życia politycznego.
Mirosław Drzewiecki, moim zdaniem najlepszy w historii minister sportu, Również stracił posadę w wyniku afery hazardowej. Zresztą, w wyniku nagonki na Drzewieckiego jego matka zmarła w wyniku zawału serca. Nigdy nie zapomnę pastwienia się nad nim dwójki dziennikarzy z TVN 24 podczas konferencji prasowej związanej z pismem jego resortu do ministerstwa finansów. Pismem o  którym przez dużą część konferencji (a ja sądzę, że do jej końca) nie miał zielonego pojęcia, bo jak słusznie podkreślał, ufał swoim urzędnikom. I on również odszedł z życia politycznego. Ale, żeby było ciekawiej, i on, podobnie jak Ćwiąkalski, jest mile widzianym gościem w TVN 24 (tej samej, która złowiła jego głowę i zniszczyła mu życie polityczne), jako ekspert polityczny i od sportu.
I wreszcie Grzegorz Schetyna, który w wyniku tej afery stracił stanowisko ministra spraw wewnętrznych, oczywiście pod naciskiem mediów i opozycji. On jako jedyny z tej trójki ostał się w polityce i pełni główną rolę w PO.

Wszyscy trzej bohaterowie afery hazardowej obronili się przed sądami a samaq afera okazała się „aferą” na użytek opozycji i mediów. I choć to nieprawda, do dziś funkcjonuje w mediach głównego nurtu „spotkanie na cmentarzu” (nie było ani umówionym, ani na cmentarzu), czy termin „afera hazardowa”. Donald Tusk znów spełnił życzenie mediów i dał im głowy znakomitych polityków.

Sławomir Nowak, minister transportu, stracił stanowisko w wyniku oskarżenia o nieujawnienie majątku w zeznaniu majątkowym. Chodziło o jego własny zegarek o wartości (uwaga!!!) 17 tys. złotych. Oskarżenie wywołało w mediach nagonkę na Nowaka na niespotykaną do tej pory skalę. Nie przypominam sobie, żeby jakiś inny polityk był tak agresywnie ścigany w mediach za „przestępstwo”. Tym bardziej, że był chyba jedynym politykiem odpowiadającym karnie za „oszustwo majątkowe” mimo, że nieprawidłowości w zeznaniach majątkowych parlamentarzystów było dużo i to nieprawidłowości o nieporównywalnie większej wartości materialnej. Tusk nie tylko, że dał mediom głowę Nowaka, to jeszcze potraktował go wyjątkowo podle, odcinając się od Nowaka nie tylko politycznie, ale i towarzysko. Sławomir Nowak jest kolejnym klasycznym przypadkiem sukcesu medialnych łowców głów, czy jak kto woli, medialnego polowania na czarownice.

Kolejne głowy ścięte przez media to ofiary afery podsłuchowej. Bardzo płynnie media poszkodowanych, ofiary nielegalnych podsłuchów prywatnych bajdurzeń przy gorzale, uczyniły demonami polskiej polityki. Sikorski, Rostowski, Sienkiewicz to tylko trzy przykłady zdobyczy „łowców głów”.

Zadziwiający jest brak symetrii w łowieniu głów PO, wcześniej SLD, a łowieniu trofeów PiS-owskich. Zaledwie szeptało się cichutko i króciutko o głowach Jurgiela, Błaszczaka, Kempy i… nikogo więcej. W przeszłości taśmy Beger też nie były ścigane tak usilnie jak np. Sławomir Nowak, podobnie jak nieśmiało przebąkiwano o głowie Dorna po śmierci dwóch policjanów na służbie po (chyba) odwożeniu jakiegoś pisowskiego kacyka do domu. Z jakąś taką nieśmiałością, za każdym razem media „łowią” głowy Prawa i Spawiedliwości.

I cisną mi się pod klawisze słowa Edwarda Stachury, które dziennikarze powinni uważnie przeczytać:

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Być uważnym
Pełnym pasji
Dobra wasza
Gwiżdżą ptaki
I tego trzymać się trzeba

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Żeby człowiek
W życiu onym
Sprawiedliwym
Był i godnym…

 

niedziela, 21 sierpnia 2016

Andrzej Duda, prezydent PiS podpisał tzw. „Małą ustawę reprywatyzacyjną”, uchwaloną zresztą jeszcze przez rząd PO/PSL w poprzedniej kadencji.

Natychmiast po tym fakcie w mediach rozgorzała dyskusja – oskarżenia skierowane w stronę PO, a w zasadzie pod adresem Hanny Gronkiewicz-Waltz o przyzwolenie na dziką prywatyzację warszawskiego mienia.

Musze zaznaczyć, że pojawiać się będą w tym tekście określenia „nie pamiętam dokładnie”, „nie znam szczegółów”, itp. Ktoś może zapytać: to po co się tym zajmuję, skoro się nie znam? Odpowiedź jest prosta – pamiętam początek owej dzikiej prywatyzacji, a poza tym bardzo mnie temat zwrotu mienia „prawowitym właścicielom” obchodzi z powodów, o których niżej.

Jakieś może dwa lata temu, przy okazji kolejnego już (któregoś z kolei…?) bardzo głośnego przypadku najzwyczajniejszego w świecie bandyckiego przypadku oddania „kuratorowi spadkobierców nieruchomości”, głos zabrała prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Instytucja owego kuratora jest tak kuriozalna, że aż nie chce się wierzyć, że w ogóle mogła powstać. I do tego faktu właśnie chcę powrócić w kontekście oskarżeń pod adresem pani prezydent Warszawy.

W studio telewizyjnym dziennikarz pytał panią prezydent jak to możliwe, że kompletnie niezwiązanemu z byłymi właścicielami człowiekowi, oddawany jest majątek w newralgicznym punkcie stolicy, wart kolosalne pieniądze. Mało kto dziś pamięta o tej rozmowie, ale Gronkiewicz-Waltz opowiadała o początku owej dzikiej prywatyzacji.

A zaczęło się w sądzie, do którego zwrócił się jakiś gość z żądaniem zwrotu nieruchomości w Warszawie. Człowiek ten wiedział, kto był właścicielem owej nieruchomości przed wojną i na tym kończył się jakikolwiek związek owego człowieka z byłymi właścicielami. Znał jedynie nazwisko właścicieli. Nie pamiętam, czy miał jakiś świstek od prawników, czy jakieś inne papiery, w każdym razie zobowiązał się, że będzie się opiekował ową nieruchomością i zobowiązał  się odnaleźć właścicieli. Nie znam szczegółów, ale pamiętam, ze musiał kilkakrotnie zamieszczać w prasie ogłoszenie o poszukiwaniu właścicieli, a w przypadku ich niezgłoszenia się, po pewnym czasie stawał się jej właścicielem, czy też głównym dysponentem. Tak więc dostał ją właściwie za darmo, a mógł ją sprzedać po cenie rynkowej, czyli z ogromnym zyskiem. Za darmo więc, miał prawo stać się bogaczem.

Nie ma bardziej przestępczogennego prawa, niż usankcjonowanie przez sądy prawa do bandyckiej prywatyzacji. Ratusz Warszawski, wg słów pani prezydent z zaciśniętymi zębami i z poczuciem totalnej bezsilności musiał przekazać okazały budynek człowiekowi znikąd. Owe decyzje sądów były precedensem, po którym następne uznawania przez sądy roszczeń „przygodnych” ludzi w sprawach zwrotu majątku „kuratorom” przedwojennych właścicieli odbywały się niejako z automatu. Stały się normą.

Nie mogę wyjść z podziwu, dlaczego opinia publiczna, dziennikarze kierują swoje oskarżenia pod adresem ratusza, kompletnie nie interesując się okolicznościami prawnego usankcjonowania pierwszego, bezprecedensowego przypadku bandyckiej prywatyzacji przez sędziów sądów. Aż krzyczą, wołają o sprawdzenie okoliczności i rola prawników (sędziów? prokuratorów? adwokatów?) okoliczności ustanowienia owego precedensu. Skoro wyroki uznające roszczenia „kuratorów” stały się normą, a koszty postępowań ponosił ratusz, trudno się dziwić ewentualnym rezygnacjom ratusza stolicy z kolejnych, z góry wiadomo, że przegranych – bo kolejne sprawy było bliźniacze, identyczne, postępowań sądowych i przyznawały nieruchomość, czy równowartość z pominięciem drogi sądowej. pamiętam z jakim przejęciem Hanna Gronkiewicz-Waltz o tym opowiadała, ponieważ w grę wchodziły potężne pieniądze z budżetu stolicy z powodów zadośćuczynienia roszczeń. Owa reprywatyzacja, a szerzej zwrot mienia poprzednim właścicielom lub ich „reprezentantom” dotyczy nie tylko Warszawy.

I w tym miejscu chciałbym określić swoją postawę zdroworozsądkowa, będącą w opozycji do tych, którzy nazywają mnie zdeklarowanym antypisowcem, lemingiem, itp. Otóż zdecydowanie jestem antypisowcem, ale bynajmniej nie dlatego, że „tak, bo tak”, ale dlatego, że zdecydowaną większość poglądów i poczynań tej partii uważam za złe, szkodliwe i rujnujące dla Polski. Ale nie wszystkie, a jednym z niewielu tematów, w których się z PiS-em zgadzałem była właśnie kwestia zwrotu nieruchomości poprzednim właścicielom, czego PiS, tak jak ja, było zagorzałym przeciwnikiem.

Jest tajemnicą poliszynela, że przygniatająca większość nieruchomości w Warszawie i w innych wielkich miastach Polski długami stało. Jest tajemnica poliszynela, ze w ostatnich latach, w cudowny sposób odnajdywane są dokumenty świadczące o prawach własności byłych właścicieli, a w jeszcze cudowniejszy sposób nie znalazł się ani jeden dokument dłużny owych właścicieli, zadłużonych przed wybuchem wojny po same uszy, albo głębiej. Jest tajemnica poliszynela, że oddawane są nieruchomości właścicielom (lub ich przedstawicielom), za które byli właściciele otrzymywali już zadośćuczynienie.

I tutaj chcę przejść do zwrotu nieruchomości poprzednim właścicielom ze Śląska i z Mazur (szerzej – byłych Prus Wschodnich), którzy uciekli (dobrowolnie) z terenów zajmowanych przez Polskę po wojnie, lub, co jeszcze bardziej kuriozalne, którzy wyemigrowali do Niemiec w latach ’70. i ‘80. Któż z nas nie pamięta batalii o gospodarstwo rodziny ze wsi Narty na Mazurach, którego zwrotu zażądała kobieta, która wyemigrowała z Polski w latach ’70. Mieszkańcy owego gospodarstwa mieszkali tam ponad trzydzieści lat, ale dla sądu nie miało to najmniejszego znaczenia. Podobnie jak nie miał znaczenia fakt, że wszyscy „Niemcy” emigrujący z Polski w latach ’70. i później dostawali od rządu niemieckiego zadośćuczynienie za pozostawione mienie. Nawet ci, którzy nie mieli nic, a mieszkali w państwowych mieszkaniach czynszowych, po emigracji dostawali  środki na tzw. „zagospodarowanie”. Właściciele majątków, dostawali w Niemczech nieporównywalnie więcej. Można więc śmiało wysnuć tezę, że emigrujący Niemcy zreprywatyzowali się dwa razy: raz, otrzymując zadośćuczynienie w Niemczech po przeprowadzce do ojczyzny i drugi raz otrzymując zwrot, lub zadośćuczynienie nieruchomości pozostawionej w Polsce.

Krótko po głośnej sprawie zwrotu gospodarstwa „prawowitej właścicielce” w Nartach, podobna sprawa miała miejsce w moim mieście – mieście na Śląsku Opolskim. Oto w jednej z dwóch najważniejszych dzielnic w mieście, na jednej z najbardziej newralgicznych ulic w tej dzielnicy, duża kamienica została „zwrócona” ludziom, wskazanym przez spadkobierców byłych właścicieli. Owi właściciele byli zupełnie niezainteresowani kamienicą, ale na skutek koligacji czy to towarzyskich, czy dalekiego spowinowacenia (dokładnie nie pamiętam), zajęli się sprawą odzyskania nieruchomości dla… „nie właścicieli”. I dopięli swego. Ludzie, którzy mieszkali w mieszkaniu komunalnym, niewykształceni, z klasy niższej od zawsze, stali się właścicielami pięknej kamienicy. Kamienicy, którą przez ponad czterdzieści pięć lat zajmowało się, remontowało, konserwowało, administrowało państwo polskie, czyli miasto. Ci ludzie nie zostali stąd wyrzuceni, nie byli uchodźcami, ale uciekli do Niemiec razem z hitlerowskim wojskiem, porzucając swoje mienie. Po tym lokalnym precedensie, takich zwrotów było całkiem sporo.


Dom zwrócony Agnes Trawny, Narty (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

Zadziwia mnie beztroskie oddawanie zadbanego mienia porzucającym je kiedyś właścicielom, z powodu… przegrania przez Niemcy II wojny światowej. Jasne jest, że ci, którzy są obywatelami państwa przegrywającego wojnę, wywołaną zresztą przez własne państwo, zawsze(!!!) ponoszą straty. Nie tylko moralne, ale też majątkowe i finansowe. Tymczasem Niemców traktuje się u nas tak, jak ofiary wojny. Niechcianej (przez nich) wojny. Takiej postawy państwa polskiego i polskiego wymiaru sprawiedliwości nie zrozumiem nigdy. Wiem, że Polska przegrywała jakieś procesy w Trybunale w Strassburgu, ale moim skromnym zdaniem wynika to albo ze złej woli naszych prawników, albo z niedbałości o dobro państwa, albo z jakiegoś innego, niezrozumiałego dla mnie powodu.

Wracając jeszcze do stolicy, miasto zrównane z ziemią w ok. 80%., czyli zamienione w kupę gruzów, zwraca dziś „byłym właścicielom”, w przygniatającej większości zadłużonym na wartość owych nieruchomości, przepiękne budynki, place, obiekty niegdyś bezwartościowe, bądź z powodu zadłużenia, bądź położenia na obrzeżach ówczesnej stolicy, dziś znajdujących się niemal w centrum, dziś warte kosmiczne pieniądze.

Swoje roszczenia, często kurialne, do nieruchomości w Polsce mają też Żydzi.

To nie jest normalne. To nie jest uczciwe. To nie jest moralne. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nikt nie ściga, nie sprawdza prawników – bo to tylko i wyłącznie sprawka prawników, którzy do tego doprowadzili. Nie wiem, czy w jakimkolwiek innym europejskim kraju prawnicy utorowali drogę potężnemu bandyckiemu procederowi i wręcz stali się ojcami (przynajmniej w sensie moralnym, choć wątpię, żeby była to jedyna okoliczność) bandyckiej „reprywatyzacji”. Szczerze wątpię.

Pisałem już na ten temat ponad pięć lat temu, zresztą niejeden raz. Np. tutaj: https://slizewski.wordpress.com/2011/03/18/zadanie-restytucji/

czwartek, 11 sierpnia 2016

Jarosław Kaczyński im bardziej zapiera się oskarżeniom o łamanie demokracji, tym bardziej brnie w tworzenie państwa totalitarnego. Jedynym argumentem, który mu został i którym krzyczy jest nieograniczone prawo do demonstrowania, choć i ono jest dyskusyjne i śmiem przypuszczać, że i na nie się zamachnie w razie konieczności.

Gorzej, jeśli nie będzie musiał, bo jakoś Polakom coraz mniej się chce demonstrować, skoro wszelkie demonstracje okazują się wołaniem na puszczy. Bo ile można wołać bez sensu.

Oto podczas kolejnej miesięcznicy prezes zbawiciel oznajmił (tłumacząc z kaczyńskiego na nasze), że jeśli się im zabroni (pomników) to sobie to toporami wyrąbią. Czyli „prawo prawem, a racja jest po naszej stronie i my tę naszą rację będziemy wprowadzać w życie”.

Czyli działanie na podstawie faktów dokonanych. To może mieć miejsce w obliczu bezprecedensowego wyroku sądu w sprawie bezprawnego powieszenia i obecności krzyża w sejmie, czyli „No…, on został powieszony niezgodnie z prawem, ale skoro większość posłów to akceptuje, bo jest wierzącymi, to… ma prawo tam wisieć”. Albo innego: „Wszystkie dowody rzeczowe w sprawie śmierci Barbary Blidy zostały zniszczone, ale nie miało to żadnego wpływu na prawidłowy przebieg śledztwa”. Skoro takie kwiatki już przerabialiśmy, i to w czasie, kiedy PiS było w odwrocie, to nie dziwi pewność siebie Zbawcy Kaczyńskiego teraz, kiedy ma pełnię władzy.

Jestem więcej niż przekonany (choć wcale mnie to niestety nie cieszy – to bardzo delikatne określenie), że Kaczyński zrobi tak, jak chce i w dodatku sąd uzna jego racje. Czyli dwa pomniki smoleńskie na Krakowskim Przedmieściu będą, a tablice dodatkowo, jeśli Jarosław zechce, zawisną na murach kancelarii.

Kuriozalnie zabrzmiało stwierdzenie Kaczyńskiego, że opozycja (a bardzie były rząd) nie szanuje polskich tradycji, czyli w istocie jest najeźdźcą. Kuriozalnie, bo kto, jeśli nie najeźdźca nie zważa na istniejące na zajmowanym terenie prawo? Kto, jeśli nie najeźdźca kompletnie nie przejmuje się konstytucją i prawami większości obywateli zajmowanego terytorium? Kto jeśli nie najeźdźca nakazuje, wymusza stosowanie swoich decyzji, dekretów przez okupowane społeczeństwo? Kto wreszcie, jeśli nie najeźdźca, poniża, dyskryminuje i upokarza większość podbitej ludności? (patrz: apel smoleński, gorszy sort i komuniści i złodzieje oderwani od koryta).

Kaczyński, to ty masz mentalność najeźdźcy, okupanta i stosujesz ich metody. Mniejszość społeczeństwa, nie większość, wierzy w zamach smoleński, ogląda propagandową, okupacyjną telewizję, uznaje Lecha Kaczyńskiego za najlepszego prezydenta. To ty, Jarosławie Kaczyński jesteś najeźdźcą i okupantem!

Kaczyński wprost zapowiedział, że nie zamierza respektować prawa. Czy polskie społeczeństwo jest na tyle tchórzliwe, że prawo będzie przestrzegać i patrzyć jak Kaczyński i PiS je łamią?

Czy frankowicze zdecydują się na niespłacanie kredytów (komornika zawsze można przegonić widłami, a poza tym pozostaje argument: „Wasz szef też łamie prawo i nikt go nie rusza”?

Czy właściciele ziemi zdecydują się sprzedawać swoją ziemię mimo ubezwłasnowolnienia prawnego? Ot tak, „z reki do ręki, a potem jakoś będzie”?

Czy kierowcy zdecydują się nie płacić mandatów? A jak policjant będzie namolny, to czterech pasażerów z samochodu przywróci go do pionu?

Wreszcie, jaką wartość będzie miało prawo wprowadzane przez ludzi, którzy zapowiadali łamanie prawa i nawoływali do jego łamania? Przecież ich wiarygodność będzie żadna. A Polacy to naród przekorny – nie lubią trzymania za mordę, szczególnie za pomocą prawa wprowadzonego na siłę i przeciw większości.


Dziwię się infantylności i bezrefleksyjności wyborców PiS-u, którzy na argument „łamania prawa” odpowiadają” On chce dobrze, to niech robi to dalej”. Durnie nie wiedzą, że identycznie myśleli np. frankowicze, albo pielęgniarki. A wkurza mnie to szczególnie w obliczu reakcji Jarosława Kaczyńskiego na transparent wywieszony przez KOD, zawierający cytat Lecha Kaczyńskiego w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Jarosław stwierdził, że to transparent obrażający zmarłego, choć były to jedne z najbardziej szlachetnych słów, wypowiedzianych przez zmarłego prezydenta. Skoro jego własne szlachetne słowa go obrażają, to co go nie obraża? A wyborcy dalej (a nawet bardziej), jak zaprzęgnięte muły na pustynnym poletku.

Co będzie dalej? Polacy będą się przyglądać? I nic? Unia Europejska w swojej ślamazarności będzie napominać? I nic? Będą sankcje (wtedy polski rozłam, choć już głęboki jak Rów Mariański jeszcze bardziej się pogłębi, na zwolenników i przeciwników UE? Wtedy Kaczyński będzie miał pole do popisu – patrz: Putin, jego retoryka o złym zachodzie i uwielbieniu cara przez naród rosyjski. Wtedy Kaczyński wygra – bo wróg wreszcie ukaże swoje faszystowskie, lewackie, zdradzieckie, pedalskie i żydokomunistyczne (do wyboru, wg upodobania komentatora) oblicze.

Ciekawe kiedy i czy w ogóle naród, ale ten naprawdę – większość, a nie elektorat PiS-u, zbuntuje się przeciw prawu, albo kiedy zwycięży opcja „morda w kubeł” – jak w PRL-u i Polacy bez szemrania… dadzą dupy i uklękną przed Kaczyńskim.

czwartek, 21 lipca 2016

Gruchnęła w mediach wieść o planie podwyżek wynagrodzeń dla VIP-ów – ministrów, vice, sekretarzy i podsekretarzy stanu, parlamentarzystów i ustanowienia wynagrodzenia dla żon prezydentów. Gruchnęła i wywołała gigantyczną, medialną burzę.

I nagle władze PiS, w osobach prezesa-Zbawiciela i Szydło zwanej premierem (dla zmyłki), z oburzeniem skrytykowały nieuzasadnione i zuchwale wysokie podwyżki. PiS musiał wycofać się z planowanych podwyżek i ogłosił już nowy projekt. Podwyżki będą o ok. połowę mniejsze. Parlamentarzyści nie zyskają nic, za to prezydentowa dostanie 10 tys. wynagrodzenia miesięcznie. W kompletne osłupienie jednak wprowadził mnie dodatkowy pomysł, którego nie było w poprzedniej, wycofanej propozycji podwyżek. Otóż… rentrę specjalną mają otrzymywać dzieci zmarłego prezydenta. Punkt dodany zdecydowanie pod Martę Kaczyńską. To kuriozalne, zważywszy, że otrzymała ogromny majątek po śmierci rodziców z ubezpieczenia i decyzją prokuratorii, a poza tym taka renta przysługuje wyłącznie małoletnim, lub uczącym się. Marta ma majątek, ma firmę i była żoną jednego z najbardziej majętnych prawników w Pomorskiem.

Ściemą jest też zaskoczenie, jakie pomysł o podwyżkach i ich wysokościach prezesa –Zbawiciela. Miał on rzekomo o niczym nie wiedzieć, ale jest to kłamstwo. Podczas posiedzenia klubu PiS Kaczyński głosował za poddaniem pierwotnego projektu o podwyżkach pod obrady sejmu. Czyli PiS, jak zwykle, kłamie.

Dziwnym też trafem zniknął też autor projektu podwyżek. Nikt w PiS nie wie, kto jest autorem projektu. Możliwe jest, że Nowoczesna, lub PO podrzuciły PiS-owi kukułcze jajo przebrani za jakiegoś posła PiS-u.

Podwyżki dla władzy wg polityków PiS-u są niezbędne, żeby fachowcy nie odchodzili do sektora prywatnego. To dziwne, jeśli przypomnimy sobie ile pomyj wylano na min. Bieńkowską za podsłuchane w knajpie słowa o marnych 6 tys. w administracji rządowej. Dziś, jakby nigdy nic Jacek Sasin przyznaje z rozbrajającą szczerością, że „Bieńkowska miała rację”.

*     *     *

Po co właściwie Macierewiczowi „apel smoleński” na każdej uroczystości z udziałem wojska. Wydawać by się mogło, że to głupi pomysł, ale on wcale taki głupi nie jest. Przypomina mi do złudzenia sprawę nielegalnie powieszonego krzyża w sejmie. Ten krzyż, choć powieszony nielegalnie, wisiał w sejmie bez przerwy, wbrew prawu. Bo nikt nie miał odwagi go zdjąć. Aż w końcu sprawą zajął się sąd. I orzekł, że krzyż ma zostać. I uzasadnił m.in.: Jest i prawo do wolności od religii, na które powoływali się powodowie wskazując na kolizję obu praw. - Sąd musi wyważyć te interesy, stosując zasadę proporcjonalności. Trzeba wtedy wykazać, jakie szkody się poniosło. Szkody takiej w ocenie sądu nie powoduje wywieszenie symbolu religijnego w przestrzeni publicznej. Tak więc z nielegalnego, krzyż stał się legalny, bo nie może przeszkadzać niewierzącym i przynosić im szkody. Prawdopodobnie podobną logiką posługuje się Macierewicz. Nie ma potrzeby, żeby jakaś podkomisja udowodniła wybuchy, czy inną pancerną brzozę. Oni oczywiście będą „pracować” i zarabiać, żeby została im wynagrodzona lojalność wobec PiS, w trudnych czasach, ale to do niczego nie musiało być potrzebne. Chodzi o to, żeby wtłoczyć w społeczeństwo, przyzwyczaić do „poleglych” i do „zamachu” i do „na służbie dla Polski”, itd. Podkomisję wyprą procesy karne „zbrodniarzy smoleńskich”, a w 2019 wystarczy powiedzieć polakom, że ponieważ Rosjanie nie współpracowali, utrudniali…, nie udało się jednoznacznie wyjaśnić, ale to tym bardziej świadczy o poległych i o zamachu.

Dokładnie jak z krzyżem – to po prostu jest i już tak zostanie, bo „apel smoleński „nie powoduje żadnej szkody przeciwnikom” prezydenta Lecha Kaczyńskiego i PiS-u. Tak miało być i Macierewicz do tego prze. Nie spodziewał się jednak takiego oporu ze strony uczestników i stron wielu uroczystości rocznicowych. Nie wiem, a jestem bardzo ciekawy, jak się ta sprawa zakończy. Czy Macierewicz odpuści, czy postawi na swoim upokarzając uczestników zrywów wolnościowych i antykomunistycznych.

Wydaje się, że powinien odpuścić, jeśli wziąć pod uwagę opowiedzenie się Marty Kaczyńskiej przeciw wciskaniu na siłę apelu smoleńskiego w inne uroczystości. Mnie się wydaje, że to jest wyreżyserowany głos, w celu przygotowania miękkiego lądowania dla Macierewicza, czyli odpuszczenia z „zachowaniem twarzy” (jakkolwiek to kosmicznie brzmi – Macierewicz i „twarz”).

*     *     *

Grzegorz Schetyna wywala z partii działaczy, którzy „szkodzą wizerunkowi partii”. Posłów Stanisława Huskowskiego, Jacka Protasiewicza i Michała Kamińskiego. Szkodzenie wizerunkowi partii to kompletna bzdura, jeśli szkodzili, to co najwyżej (i to jest bardzo dyskusyjne) wizerunkowi Schetyny. Schetyna próbuje zaśladowac działania Donalda Tuska, ale kompletnie nieudolnie. Bo nie te powody, nie ta klasa (Schetyna nie dorasta Tuskowi do pięt, pod każdym względem) i wreszcie…, najgłupszy czas z możliwych. Jeśli już lider PO chciałby kogoś wyrzucać za szkodzenie wizerunkowi partii, to w pierwszej kolejności musiałby wyrzucić samego siebie, za szkodzenie wizerunkowi partii i ówczesnej przewodniczącej Ewy Kopacz podczas minionej kampanii wyborczej do parlamentu, kiedy to głośno i publicznie krytykował jej działanie i jej kampanię.

Najbardziej zawiedziony jestem postawą, czyli głosowaniem „za usunięciem” takich osób jak Rafał Trzaskowski. Czyżby jednak partyjny stołek okazał się ważniejszy od zdrowego rozsądku i zwykłej uczciwości dla pana Rafała?

Wszystko co robi Schetyna jest źle. Począwszy od „dziwnego” wspierania KOD-u i wciskania tam na siłę swojej partyjności, poprzez wojnę z Nowoczesną, układanie się z PiS-em (nie tylko w terenie, ale choćby uzgadniając jakieś poprawki do nowej ustawy o TK uważam za haniebne), poprzez wojnę wewnątrz Platformy. PO pod przywództwem Schetyny nie przetrwa. I to on, Grzegorz Schetyna będzie autorem jej upadku (zmarginalizowania, albo rozwiązania).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Tagi

liczniki

 Dodaj do Google stat4u free counters